Pokazywanie postów oznaczonych etykietą upór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą upór. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 listopada 2013

Wszystko zaczyna się od marzeń...


... i zazwyczaj na nich się kończy, jeśli siedzisz z założonymi rękami
i czekasz na cud.


To wszystko wydaje się takie oczywiste, ale ilu z nas tak postępuje?
Później taki, czy inny frustrat mówi, że marzenia są dla głupców i na nich wszystko się kończy.
Głupcem jest ten, kto robi to, o czym mówi Einstein w punkcie 3.

Ideą tego bloga nie jest rozwiązanie wszystkich problemów tego świata.
Ideą tego miejsca jest zmotywowanie do działania każdego, kto tego potrzebuje i przede wszystkim chce.

Zmierzam do tego, że:
  1. Jeśli chcesz coś osiągnąć to musisz mieć cel/marzenie (jakkolwiek tego nie nazwać).
  2. Zabierz się do jego realizacji.
I zazwyczaj na tym się kończy. Większość stawia pierwszy krok, pojawiają się przeszkody i rezygnują. 
Po jakimś czasie zapominają o marzeniu godząc się na to, aby to okoliczności kierowały ich losem, zamiast oni sami.


Jakie są pozostałem 2 składniki ("specjaliści" od marketingu napisaliby - sekretne 2 składniki) sukcesu?

     3.  Bądź elastyczna / elastyczny w działaniach!
          Czy wiesz jaka jest definicja błędu wg Einsteina?
„Robienie tej samej rzeczy tak samo po raz kolejny, spodziewając się innego wyniku”.
     4.  Wiąże się z poprzednim, Żeby coś osiągnąć musisz być wytrwała / wytrwały w swoich działaniach.

Czy pamiętasz równanie sukcesu z posta pt.  Aerobiczna Szóstka Weidera (A6W)?

SUKCES = SYSTEMATYCZNOŚĆ x SYSTEM

Dlatego używając metafory podróży:


1. Musisz mieć cel podróży.

2. Wybierz się podróż o której marzysz.

3. Do miejsca przeznaczenia prowadzi kilka dróg, dlatego jeśli jedna z nich jest "zamknięta", skorzystaj z innej.

4. Nigdy, przenigdy się nie poddawaj! Trochę głupio zrezygnować w połowie drogi (a nawet później), prawda?

Jeśli nie wyświetlają się napisy po polsku, możesz je wybrać z menu do tego filmu.

DODATEK 
"Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie."
Mohandas Karamchand Gandhi

środa, 20 lutego 2013

Chcieć więcej


Miała być druga część Przywrócić wiarę w człowieka, i będzie!
Ale w między czasie trafiłem na 2 filmy, które zainspirowały mnie do niezwłocznego napisania kilku słów.

Ale zaczniemy od książki Tonego Robbinsa - Olbrzymie kroki.
Pamiętasz zapewne jego bestseller Obudź w sobie olbrzyma.
Olbrzymie kroki, to właściwie Obudź w sobie olbrzyma rozbita na 365 łatwych do przyswojenia lekcji samodoskonalenia.
Czasem najprostsze rozwiązania powodują największe rezultaty., a małe zmiany tworzą wielką różnicę.
Dlatego jeśli chcesz zmiany - ta książka jest dla Ciebie!

W jednej z lekcji Tonny pisze tak:
Często, podziwiając wielkość innych ludzi, zakładamy, że mają oni więcej szczęścia niż my albo posiadają specjalne talenty, których nam brakuje. Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Wykorzystali oni głębię ludzkich możliwości po prostu dlatego, że powstrzymanie się przed pełnią życia, czynem i dawaniem czegoś z siebie byłoby dla nich największym cierpieniem.
 W innej części czytamy, że:
Ludzki duch jest prawdziwie niepokonany.
Wola zwycięstwa, chęć odniesienia sukcesu,
przejęcia kontroli nad własnym życiem i kształtowania go może być wykorzystana tylko, jeśli zdecydujesz, czego chcesz, i uwierzysz, że żadne przeciwności, żadne problemy i żadne przeszkody nie będą w stanie powstrzymać cię na drodze do celu. Przeszkody to tylko wezwanie do umocnienia się w postanowieniu osiągnięcia raz wyznaczonych, wielkich celów.


I tak oto dochodzimy do pierwszego ze wspomnianych filmów, a jest nim Atlas chmur (Cloud Atlas, 2012).
O ile wiem, powinien być jeszcze w polskich kinach - 3 godziny, ale wgniatają w fotel fabułą i głębokim przesłaniem, które idealnie wpisuje się w tematykę tego bloga i dzisiejszego tematu - umiłowania wolności i pragnienia czegoś więcej, niż przeciętność.
Według mojej subiektywnej oceny - najlepszy film, jaki do tej pory w życiu widziałem.

Drugim filmem jest Ill Manors (iLL Manors,2012) - ostrzegam MOCNY, w każdym tego słowa znaczeniu. Jego przesłanie zawiera się w jednym zdaniu: Nie schrzańmy dzieciom najpiękniejszego okresu w ich życiu. Albo inaczej - zadbajmy maksymalnie o to, aby dzieciństwo było najcudowniejszym okresem dla każdego malucha.
Nie napiszę nic więcej. Zobacz sama / sam!

WAŻNE!
Oba filmy niosą głębokie przesłanie, dlatego nie nadają się na niedzielne popołudnie z rodzinką.
Polecam późną noc, kiedy nikt nie będzie Ci przeszkadzał i kiedy będziesz mogła/mógł skupić się maksymalnie na treści.

Oto ILL Manors




PS. Dawno temu, w jednym z pierwszych postów (Alchemia Dzikiego Serca) pisałem, że staram się żyć w oparciu o 4 zasady:

  1. ŻYĆ,
  2. KOCHAĆ,
  3. UCZYĆ SIĘ,
  4. POZOSTAWIĆ PO SOBIE COŚ CENNEGO.

 Ten blog jest moją małą cegiełką, małym wkładem w to, aby uczynić ten świat lepszym. Albo inaczej - pokazać to piękno, które przecież istnieje, ale nie zawsze je dostrzegamy.
Dlatego zawsze cieszę się, gdy widzę, że ktoś wynosi z tego miejsca (bloga) coś dla siebie.
Z całego serca dziękuję Andrzejowi, który uczy się Systemu Klucza Uniwersalnego. Agnieszce i Tomkowi, którzy podjęli wyzwanie pana Joe Weidera. I wszystkim tym, którzy w zaciszu swojego pokoju doskonalą się każdego dnia.
Na koniec chciałem szczególnie pochwalić postawę Agnieszki, Andrzeja i Tomka.
Świadomie lub nie, zrobili coś bardzo ważnego!
Powiedzieli innym o tym, że zaczęli wykonywać ćwiczenia i teraz będzie im trudniej się wycofać.
Nie wiem, czy dobrze mnie rozumiesz.
Poprzez powiedzenie komuś np. że rzucasz palenie, przechodzisz na dietę, cokolwiek - jest Ci trudniej się z tego wycofać, bo przecież On/Ona wie :) Jest to swego rodzaju przyrzeczenie - ZROBIĘ WSZYSTKO CO W MOJEJ MOCY, ABY W TYM WYTRWAĆ - genialne!!!

czwartek, 17 stycznia 2013

Aerobiczna Szóstka Weidera (A6W)

A zatem jest - długo wyczekiwany post!

Dlaczego taki temat?
Jeśli przeprowadzisz sondę w której zapytasz ludzi jakie są ich cele / marzenia, to statystycznie co 5 ankietowany odpowie, że chciałby schudnąć.
Takie wnioski nasuwają się po przejrzeniu ponad 250 000 odpowiedzi, więc uważam wyniki za miarodajne.

Niektórzy twierdzą, że życie jest po to, aby realizować cele / spełniać marzenia.
Dlatego wychodząc naprzeciw oczekiwaniom sporej ilości osób, postanowiłem podjąć wyzwanie pod tytułem Aerobiczna Szóstka Weidera.

Oto krótki film w ramach wprowadzenia


Kilka cennych wskazówek:
  • Jeśli ćwiczymy na szorstkim dywanie lub twardych panelach podłogowych warto położyć sobie jakiś koc, karimatę lub choćby prześcieradło. Zapobiegnie to obtarciom skóry i bólom kręgosłupa. Oczywiście podłoże nie może być też zbyt miękkie.
  • Plan został przewidziany na 42 dni, lecz pamiętajcie o zdrowym rozsądku. Został on napisany
    tylko po to, aby nadać ogólną orientację programu. Możemy ćwiczyć 6 dni w tygodniu, wtedy
    program przedłuży się do 7 tygodni ale efekty będą takie same lub chociaż bardzo zbliżone. Tak samo jeśli ćwiczenia wykonujemy wg planu i nie czujemy się na siłach w jakiś dzień, nie wahajmy zrobić sobie dnia (nie dłużej) przerwy. Każdy mięśnień wymaga regeneracji. Nie inaczej jest z mięśniami brzucha.
  • Serie należy wykonywać jedna po drugiej, nie rozkładać ich np. na trzy pory dnia. Pomiędzy seriami wskazane jest ok. 40 sekund odpoczynku. Więcej czasu nie potrzeba, ponieważ mięśnie brzucha są jednymi z najwytrzymalszych mięśni.
  • Nie ma znaczenia o jakiej porze dnia ćwiczymy. Pamiętać należy jedynie o tym, aby przynajmniej pół godziny przed ćwiczeniami nie spożywać posiłków.

    A oto moje efekty:
    "przed"


    "po"

    Musicie w tym miejscu o czymś wiedzieć:

    • Z różnych względów, ale faktem jest, że nie udało mi się ukończyć pełnego cyklu 42 dni za pierwszym razem. Zatrzymałem się na 30 dniu. Za to w ramach rewanżu przy drugim podejściu doszedłem do 30 powtórzeń danego ćwiczenia w serii. Pot i łzy leją się strumieniami przy pierwszej próbie, ale PAMIĘTAJ: NIGDY, PRZENIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ, bo zawsze jest za wcześnie, żeby to zrobić. Poza tym to, że ukończyłem "6" jest zasługą zastosowania tego o czym piszemy od 4 lat na tym blogu. Twoje nastawienie jest kluczem do sukcesu!
      SUKCES = SYSTEMATYCZNOŚĆ x SYSTEM.
      System już masz. Reszta należy do Ciebie.
    • Moje wyniki są efektem 3 krotnego ukończenia 6 Weidera, więc nie nastawiaj się, że już po 6 tygodniach będą wyniki, jak z reklamy Dolce & Gabbana :)


    PS. Uważam, że ćwiczenia bez diety i dieta beż ćwiczeń są pozbawione sensu. W takim stopniu jak studnia bez wody, czy komputer bez dostępu do internetu. Dlatego postaram się namówić mojego serdecznego Przyjaciela Jarka, który na co dzień zajmuje się dietetyką o parę rad i wskazówek pod kątem diety dla osób robiących "6".
    Ja osobiście w ramach diety unikałem tłuszczów i słodyczy (w tym słodkich napojów).
    PS2. Aktualnie jestem w trakcie czwartego wykonywania 6 Weidera. Nie przypadkowo wspomniałem w Postscriptum do poprzedniego posta o zasadzie 21 dni. Weider stał się nawykiem.
    PS3. Polecam w tym miejscu program Caynax A6W na smartfona. Znakomicie ułatwia wykonywanie ćwiczeń.
    PS4. Jeśli masz pytania, służę wskazówkami, jako praktyk, a nie teoretyk. Śmiało pisz na 360rtw [małpka] gmail [kropeczka] com
    PS5.
    Można powiedzieć, że "przypadkowo" dowiedziałem się o tym programie od moich Przyjaciół. Dlatego proszę podziel się  tą informacją ze swoimi znajomymi - być może właśnie czegoś takiego szukają lub mogą być zainteresowani.

niedziela, 21 października 2012

Kłótnie i ciągłe spory - czy to nasza specjalność???


 Kto jeszcze uważa, że ten Gość poruszył bardzo ważny temat?
I bynajmniej nie mam tu na myśli sporu fanów Paktofoniki.
Czy ciągłe kłótnie, spory i  przepychanki to nasza polska specjalność?




sobota, 29 września 2012

poniedziałek, 2 lipca 2012

Niemożliwe staje się Możliwe


Jedni chcą coś zrobić, a inni to robią...

To tak w nawiązaniu do poprzedniego posta, czyli Bucket List



Czy pamiętasz historię żaby z posta zatytułowanego:

Każdy jest kowalem własnego losu?

 

wtorek, 17 stycznia 2012

"Moim kolejnym celem jest wyprawa w przestrzeń kosmiczną."

Zobacz historię człowieka, który "oszukał śmierć" i chociaż jest nieuleczalnie chory, jego marzenia są większe niż niejednego zdrowego.

"Stephena Hawkinga cechuje niesłabnący entuzjazm, który pozwolił mu osiągnąć tak wiele mimo ogromu cierpienia. Dzięki swej kosmicznej sile woli wciąż wygrywa walkę z dramatyczną diagnozą sprzed półwiecza.
Pielęgniarka podaje mi zwisającą bezwładnie dłoń Stephena Hawkinga, bym mógł się z nim przywitać. Choć twarz profesora wciąż wygląda młodzieńczo, nie sposób nie dostrzec straszliwego dramatu choroby, która od prawie 50 lat niszczy jego organizm. Mimo to nie czuję wcale litości – jedynie podziw.
W 1963 roku ten bystry, ambitny, 21-letni doktorant Cambridge dowiedział się, że cierpi na nieuleczalne schorzenie układu nerwowego (jak okazało się później, na nietypową postać stwardnienia zanikowego bocznego) i ma przed sobą najwyżej dwa lata życia. Neurodegeneracyjna choroba zaatakowała nerwy kontrolujące mięśnie Hawkinga, odciskając piętno na jego ciele, a następnie także na zmysłach, psychice i intelekcie.
8 stycznia Hawking obchodził 70 urodziny. Z tej okazji w Cambridge odbyła się konferencja na jego cześć, na którą zaproszono 27 prelegentów, światowej sławy specjalistów od czarnych dziur, kosmologii i fizyki fundamentalnej.
Gdy ciało odmówiło przed wielu laty Hawkingowi posłuszeństwa, użył on swego umysłu, by wyruszyć w kosmiczną podróż do początków czasu i przestrzeni. Oto historia człowieka, który nie poddał się wyrokowi medycyny i od nowa napisał prawa fizyki.
(...)
Mimo fatalnej medycznej diagnozy Hawking przebył od tamtego czasu lata świetlne, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Nigdy się nie skarżył ani nie użalał nad sobą: wspomina, że z początku ukojenia szukał w muzyce Wagnera. – Doniesienia prasowe, jakobym zaczął wtedy ostro pić, są przesadzone – mówi.
Hawking odzyskał życiowy optymizm i nadzieję, gdy poznał Jane Wilde, studentkę językoznawstwa, którą poślubił w 1965 roku. Postęp jego choroby spowolnił, a on rzucił się w wir badań, zmieniając się z genialnego, choć leniwego studenta w pracoholika. Pierwszy raz zwrócił uwagę kolegów po fachu pod koniec lat 60., kiedy podjął współpracę z Rogerem Penrose. Naukowcy zauważyli, że prawa fizyki – zwłaszcza teoria względności Einsteina – czasami przestają działać, czego efektem jest zjawisko zwane osobliwością. Wykazali, że jeżeli ogólna teoria względności jest prawidłowa, to tego typu osobliwości musiałyby występować wewnątrz czarnych dziur – oraz najprawdopodobniej w początkowych stadiach wszechświata. Koncepcja ta sugeruje, że osobliwości pojawiają się na początku i końcu przestrzeni oraz czasu, które powstały w trakcie Wielkiego Wybuchu i załamują się wewnątrz czarnych dziur.
(...)
Kariera Hawkinga rozwijała się, ale jego choroba niestety również postępowała. Gdy w 1983 roku wystąpił w programie "Horizon" na BBC, mówił niewyraźnie i trudno było go zrozumieć. Wkrótce musiał poddać się tracheotomii i całkowicie utracił zdolność mowy: był w stanie komunikować się jedynie unosząc brwi i wybierając w ten sposób pokazywane mu na kartkach literki.
(...)
W życiu prywatnym Hawkingowi też nie zawsze wiodło się najlepiej. Wraz z Jane doczekali się trojga dzieci – Lucy, Roberta i Tima – ale rozstali się w 1991 roku. Jedną z kości niezgody były różnice natury religijnej: oczywista implikacja najbardziej śmiałej teorii Hawkinga, kosmologii kwantowej, głosi, że powstanie i ewolucję świata można wyjaśnić całkowicie prawami fizyki, bez odwołania do stwórcy. Choć Hawking nieraz nazywał nadrzędną teorię kosmosu "poznawaniem umysłu Boga", rozumie to sformułowanie metaforycznie. Kiedyś powiedział mi: "Można rzec, że prawa fizyki są dziełem Boga, ale jest to bardziej definicja Boga, niż dowód Jego istnienia". Jane nie potrafiła też do końca poradzić sobie z presją sławy i brzemieniem niepełnosprawności męża, ani samodzielnie podołać jego opiece. Na szczęście byli małżonkowie pogodzili się w 2006 roku, po rozwodzie Hawkinga z drugą żoną Elaine Mason, która wcześniej była jego opiekunką.
Mimo stanu zdrowia – oraz niemałych zasług, które już dawno powinny być uhonorowane Nagrodą Nobla – Hawking nie przestaje prowadzić badań. Jego najnowsza duża praca, napisana wspólnie z Thomasem Hertogiem z Paryża i Jimem Hartle z Kalifornii, podejmuje próbę głębszej interpretacji zjawiska inflacji kosmologicznej, zadziwiającego rozrostu wszechświata w jego wczesnym stadium. Naukowcy sugerują, że wszechświat miał wiele różnych początków i historii – a co więcej, doświadczył ich wszystkich. Owa "odgórna" kosmologia zakłada, że teraźniejszość "wybiera" jedynie te warianty historii, które prowadzą do obecnego stanu.
Tymczasem w naszym obserwowalnym wszechświecie Hawkingowi żyje się coraz trudniej. Do swojego gabinetu przyjeżdża zwykle popołudniami, a w ostatnich miesiącach znacznie częściej odwiedzał szpital Papworth. Niekiedy ma problemy z oddychaniem i potrzebuje respiratora, co jeszcze bardziej utrudnia komunikację z opiekunkami, asystentami i rodziną. Lucy mówi, że trwają prace nad nową technologią, która ma odczytywać fale mózgowe Hawkinga i przekładać je na jego charakterystyczny głos; pomaga w tym francuski neurobiolog i informatyk Philip Low. Koncern Intel, który od lat za darmo dostarcza Hawkingowi urządzenia komputerowe i komunikacyjne, również pracuje nad metodą zautomatyzowanej interpretacji ograniczonej mimiki twarzy profesora.
W czasie kariery Hawkinga kosmologia awansowała z niszowej dziedziny na pozycję jednej z najbardziej fascynujących nauk – w dużej mierze dzięki jego inspiracji i wkładowi. Profesor podkreśla, że "cudownie jest żyć i móc prowadzić badania z fizyki teoretycznej".
Ośrodek Kosmologii Teoretycznej oraz Intel zorganizowały w dniu urodzin Hawkinga sympozjum poświęcone stanowi wszechświata. 20 stycznia otwarta zostanie z kolei wystawa w londyńskim Science Museum. Kuratorzy dołożyli wszelkich starań, by uchwycić ducha wielkiego dzieła wybitnego uczonego. Lucy Hawking przyznaje jednak, że najtrudniej jest ukazać inny kluczowy element biografii jej ojca: niesłabnący entuzjazm, który pozwolił mu osiągnąć tak wiele mimo ogromu cierpienia. Dzięki swej kosmicznej sile woli, Hawking wciąż wygrywa walkę z dramatyczną diagnozą sprzed półwiecza."

Autor: Roger Highfield Źródła: Daily Telegraph, Onet.pl

piątek, 18 listopada 2011

Piękny interes


Historia życia Anity Roddick pokazuje, jak dzięki pomysłowości i determinacji można zostać bizneswoman z prawdziwego zdarzenia. Roddick stworzyła słynną sieć drogerii z kosmetykami naturalnymi. Dzisiaj jej sklepy istnieją w 55 krajach świata – sprzedając bogaty wachlarz produktów - od balsamów, kremów i mydeł po perfumy i sól do stóp.

Anita Roddick urodziła się w 1942 roku w małym miasteczku południowej Anglii, w rodzinie włoskich emigrantów, jako trzecia z czwórki rodzeństwa. Smykałkę do interesów odziedziczyła po przodkach. Jej dziadek robił najlepsze lody w okolicy, a matka założyła niewielki klub nocny El Cubana, w którym Anita poznała swojego późniejszego męża i ojca swoich dzieci, Szkota Gordona Roddicka.

Przez kilka lat po ukończeniu studiów pracowała jako bibliotekarka w dzienniku The International Herald Tribune, a także nauczycielka historii i jęz. angielskiego. Gdy wyszła za mąż za Gordona  postanowiła otworzyć z nim w Brighton restaurację typu „bed and breakfast”. Interes nie szedł dobrze, na domiar złego mąż okazał się niespokojnym duchem, którego ciągnęło w świat. Po kilku latach zostawił Anitę z dwiema córkami, bez środków do życia i wyruszył w wymarzoną podróż dookoła obu Ameryk na grzbiecie konia.

Jak wizja zamienia się w rzeczywistość

Był 1976 rok, Anita miała 34 lata i dwoje dzieci na utrzymaniu. Wpadła na pomysł sporządzania kosmetyków według naturalnej receptury. Pierwsze preparaty: balsamy, mydła i kremy robiła własnoręcznie z tego co znajdowało się w jej spiżarni – różnego rodzaju przypraw, owoców, olejów roślinnych i oliwy z oliwek. Pakowała je w to co miała pod ręką: szklane słoiki, buteleczki z korkiem, apteczne próbki na mocz. Dołączała kartki z opisem, co kosmetyk zawiera i z czego jest sporządzony. Z początku swoje wyroby wkładała w wiklinowy koszyk i sprzedawała je, chodząc od drzwi do drzwi.

Zachęcona dobrą sprzedażą, założyła niewielki sklepik w angielskim uzdrowisku Brighton. Sprytnie wykorzystała sytuację usytuowania swojego lokalu między dwoma zakładami pogrzebowymi. Podając się za właścicielkę domu pogrzebowego zadzwoniła do lokalnej gazety i poskarżyła się, że nowo otwarty sklep z kosmetykami prowadzi kobieta, którą sponsoruje mafia! To był strzał w dziesiątkę. Według zasady: „nieważne co o tobie mówią, ważne by mówili” przysporzyła sobie i swoim produktom darmowego rozgłosu.

Bezpłatna reklama i niskie ceny kosmetyków zrobiły swoje. Po kilku miesiącach Anita otworzyła kolejny sklep w Chichester w garażu należącym do Iana McGlinna, który pożyczył jej 4 tys. funtów w zamian za połowę udziałów w firmie (podobno żaden bank nie chciał jej udzielić kredytu). Kiedy Gordon wrócił z wyprawy, pomógł rozkręcać interes. Wpadł na pomysł wprowadzenia franczyzy, dzięki której każdy, kto miał trochę pieniędzy, mógł otworzyć The Body Shop w dowolnym miejscu na świecie. Pomysł świetnie się sprawdził.

Ekologia w biznesie?

Od początku działalności Roddick opowiadała się przeciwko testowaniu kosmetyków na zwierzętach i za rozwojem krajów Trzeciego Świata. Proste składniki do kosmetyków - miód, orzechy, banany, kakao – kupowała bezpośrednio od drobnych wytwórców z 25 krajów świata, przykładowo, aloes z Gwatemali, masło kakaowe z Ghany, czy olejek marula z Namibii. W 1990 roku Roddick zatrudniła antropologa, który miał wyszukiwać rdzenne składniki kosmetyczne i tradycyjne sposoby pielęgnacji skóry i włosów przez kobiety w różnych częściach globu.

Roddick nie była jedynie ekologiczną bizneswoman, ale i aktywistką działającą na rzecz praw człowieka, profilaktyki zdrowia i ochrony środowiska naturalnego. Wielokrotnie włączała się w akcje przeciwko testowaniu kosmetyków na zwierzętach, przemocy domowej, stosowaniu kary śmierci, wycinaniu puszczy amazońskiej czy wykupywaniu przez koncern Shell ziemi bogatej w złoża ropy naftowej od nigeryjskich chłopów. Działała również  na rzecz np. ratowania wielorybów, wspierała Amnesty International czy walkę z wirusem HIV. W 1990 roku powołała własną fundację charytatywną, której celem jest działanie na rzecz wszystkich powyższych założeń, jak i wspiernie małych społecznych organizacji, nie mających szans na oficjalne dotacje.

Nie wszystkim podobał się ten ekologiczny look Roddick. Nie dowierzano, że produkty składają się ze składników nie testowanych wcześniej na zwierzętach. Owszem, dziennikarze z angielskiej telewizji Chanel 4 twierdzili, że gotowe produkty nie były testowane na zwierzętach, ale dowodzili również, że działanie prawie połowy ich składników było wcześniej sprawdzane na szczurach czy królikach. Do krytyki dołączyła się i prasa. Tak jak gazety pisały wcześniej o Roddick „The Queen of Green” albo „Matka Teresa kapitalizmu” , tak od połowy lat 90-tych zaczęły ją i jej markę krytykować: „The Guardian”, „The Sunday Times”, i  „Vanity Fair” ujawniły, że Roddick, chwaląc się naturalnością swoich produktów, stosuje w nich – podobnie jak zwykłe firmy kosmetyczne – chemiczne składniki: sztuczne zapachy, barwniki, konserwanty.

Podejrzenia i zarzuty nie przeszkodziły Anicie Roddick zdobyć wielu prestiżowych nagród za działalność na rzecz ochrony środkowiska i działalność charytatywną. W 1998 – „The Financial Times” umieścił jej firmę na 27. miejscu listy najbardziej szanowanych firm na świecie, rok później firma uznana została przez Consumers Association za drugą najbardziej zaufaną markę w Wielkiej Brytanii. Wyróżnienie spotkało również samą Roiddick, gdy w roku 2003 otrzymała z rąk brytyjskiej królowej szlachecki tytuł.

Bizneswoman

Roddick mawiała: „istotą biznesu nie powinny być jedynie pieniądze i chciwość, lecz odpowiedzialność za społeczne dobro”.  Niemniej jej działalność zaczęła przynosić milionowe zyski.

W 2006 roku Roddick wykonała ryzykowny krok, odsprzedając za setki milionów funtów swoją firmę koncernowi kosmetycznemu L'Oreal, który nie miał zamiaru zrezygnować z testów na zwierzętach. Wiele osób było tym oburzonych i zaskocznych. Roddick tłumaczyła, że sprzedaż firmy miała być impulsem dla kosmetycznego koncernu, aby wprowadził etyczne zmiany także u siebie...

Założycielka kosmetycznego giganta zmarła 10 września 2007 roku z powodu wylewu krwi do mózgu. W dniu jej śmierci, udekorowano kirem witryny ponad 2 tys. sklepów The Body Shop w 55 krajach świata. Zgodnie z jej wolą i słowami – „Nie chcę umrzeć w bogactwie. Pieniądze są dla mnie niczym" – majątek zarobiony na kosmetykach, został rozdzielony między organizacje walczące o prawa człowieka, ekologiczne, feministyczne i charytatywne.

 Autor: Emilia Kunikowska, Źródło: PortalWiedzy.onet.pl
Jeśli robisz coś dobrze, rób to jeszcze lepiej. Bądź odważny i pierwszy. Bądź inny niż wszyscy. Bądź sprawiedliwy.
Anita Roddick

środa, 29 czerwca 2011

Życie jest przygodą dla odważnych - albo niczym...


       W 1882 roku dziewczynka w wieku niemowlęcym dostała wysokiej gorączki. Tak wysokiej, że omal nie zmarła. Udało się jej przeżyć, ale gorączka pozostawiła swoje piętno. Przestała ona widzieć i słyszeć. Z racji tego, że nie słyszała, to nie mogła także posługiwać się mową.
Więc, w jaki sposób to dziecko, które utraciło wzrok i słuch w wieku 19 miesięcy zostało pisarką i publicznym mówcą o światowej sławie?
Helena Keller urodziła się 27 czerwca 1880 roku w Alabamie, jako córka wydawcy gazetowego. Przed chorobą była żywotnym i zdrowym dzieckiem o pogodnym, przyjaznym usposobieniu. Umiała chodzić, a także mówić kilka prostych słów. Gorączka chorobowa odcięła ją od świata zewnętrznego, pozbawiając ją wzroku i słuchu. Czuła się jakby wrzucono ją do ciemnej, więziennej celi, z której nie można było uciec.
Na szczęście Helena nie była osobą, która łatwo się poddaje. Wkrótce rozpoczęła poznawać świat za pomocą pozostałych zmysłów. Chodziła wszędzie za swoją matką, trzymając się jej sukienki. Dotykała ona i wąchała wszystkiego co napotkała na swojej drodze, a także odczuwała dotykowo ręce innych ludzi, aby "zobaczyć" co oni robili. Naśladowała również ich działania i wkrótce była w stanie wykonać pewne prace sama jak: dojenie krów lub ugniatanie ciasta. Nauczyła się nawet rozpoznawać ludzi, odczuwając ich twarze lub ubrania, posługując się zmysłem dotyku. Potrafiła także powiedzieć, w jakiej znajdowała się części ogrodu na podstawie zapachu różnych roślin i odczucia rodzaju powierzchni po której stąpała.
Do 7 roku życia wymyśliła ponad 60 różnych znaków za pomocą, których mogła rozmawiać ze swoją rodziną. Jeśli miała ochotę na chleb, to udawała, że kroi bochenek chleba i smaruje masłem kromki. Jeśli chciała loda to otulała się swoimi ramionami i udawała, że trzęsie się z zimna.

Niezwykłość i niepowtarzalność Heleny polegała na tym, że była ona niesamowicie inteligentna, a także wybitnie wrażliwa. Jednak nawet ona miała pewne ograniczenia tj. nie była wszechstronna.
W wieku 5 lat Helena zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, że różni się od innych ludzi. Zauważyła, że jej rodzina nie posługiwała się takimi znakami jak ona, lecz mówiła za pomocą ust. Stawała czasem pomiędzy dwoma osobami i dotykała ich warg. Helena nie mogła zrozumieć co oni mówią i sama nie była w stanie wypowiedzieć niczego zrozumiałego. Chciała rozmawiać, ale bez względu na to jak się starała, nie mogła zrozumieć, co do niej mówiono. Wprawiało ją to w taką złość, że notorycznie miotała się po całym pokoju, kopiąc i krzycząc w stanie frustracji. Wraz z wiekiem jej frustracja wzrastała a ataki wściekłości były coraz częstsze. Stawała się szalona i niesforna. Jeśli nie otrzymała tego, co chciała, to wściekała się tak długo, aż jej rodzina ustąpiła i dała jej to na co miała ochotę.
Faworyzowanymi przez nią manierami było: zabieranie innym ludziom jedzenia z talerzy, ciskanie delikatnymi przedmiotami o podłogę. Raz nawet udało się jej zamknąć matkę w spiżarni. W końcu stało się jasne, że trzeba coś z Heleną uczynić. Więc tuż przed jej siedemnastymi urodzinami, rodzina załatwiła jej prywatną nauczycielkę - Annę Sullivan.

Anna Sullivan pochodziła z bardzo biednego środowiska. Utraciła wzrok w wieku 5 lat i trafiła do przytułku, gdy jej rodzina "rozpadła się". W końcu uzyskała miejsce w Szkole Perkinsa dla Niewidomych w Bostonie. Tutaj otrzymała przezwisko Spitfire (złośnica, sekutnica) z powodu swojej niegrzeczności i złego zachowania. Na szczęście dyrektor uprzytomnił sobie, że gdyby nauczyła się ona właściwie zachowywać to byłaby jedną z najbardziej utalentowanych uczennic. Po kilku latach i dwóch udanych operacjach przywracających jej wzrok skończyła edukację ze stopniem naukowym. Stało się jasne dla dyrektora, że była ona jedyną osobą, która mogła wychowywać Helenę Keller. Anna wkrótce uświadomiła sobie przyczynę napadów złego humoru u Heleny. Wiedziała, że gdyby była w stanie nauczyć Helenę porozumiewania się, to stałaby się ona inną osobą. Pomimo tego, zanim mogła ona uczyć to dzikie dziecko, to musiała najpierw nad nim zapanować. Kiedy starała się namówić Helenę do zrobienia czegokolwiek, to nie podobało jej się, gdy Helena krzyczała, kopała i gryzła. Anna wygrywała w końcu te bitwy z Heleną po prostu siłą woli i wytrwałością.
Następny przełom w zachowaniu Heleny nastąpił, gdy Anna zdecydowała się ją nauczyć alfabetu ręcznego. Są to znaki, w których każda litera ma swoje oznaczenie na ręku osoby głuchoniewidomej i jest przez nią odczuwana dotykowo. Każda litera ma oddzielne oznaczenie. Znaczy to, że słowa i zdania mogą być wypowiadane. Metoda ta także umożliwia formułowanie złożonych wypowiedzi. Anna zaprowadziła Helenę do pompy wodnej i wypompowała wodę na jej dłonie. Podczas wykonywania tej czynności wypowiedziała ona po kolei każdą literę słowa WATER (WODA). Powtarzał tę czynność aż do skutku. Nagle Helena zdała sobie sprawę z tego, że pojedyncze znaki stanowią litery, które tworzą słowo WODA. W tej samej chwili uświadomiła sobie także, iż wszystkie inne słowa na świecie muszą mieć nazwę. Biegała dotykając wszystkiego, co mogła napotkać na swojej drodze i pytała Annę, jak te napotkane przedmioty się nazywają.
Anna kontynuowała nauczanie Heleny w ten sposób przez kilka następnych lat. Mówiła ona Helenie o wszystkim co działo się wokoło nich. Przeliterowywała wszystko na jej dłoni, używając raczej pełnych zdań niż pojedynczych słów. W taki sposób Helena zdobywała dużą liczbę informacji, jakby była dzieckiem słyszącym. Anna wyposażała zarazem swoją uczennicę w słowa i pojęcia, które byłyby jej potrzebne w chwili, gdy byłaby ona przygotowana do mówienia. Anna zwracała uwagę na to, uczyć Helenę tych przedmiotów, realizować te tematy, które ją interesowały. Anna dyskutowała z Heleną na każdy temat, który przyszedł tej ostatniej do głowy. W taki sposób Anna potrafiła utrzymać zainteresowanie swojej uczennicy na wielu tematach. Prowadziło to także do tego, że brali oni udział w fascynujących czynnościach np. żeglowanie, saneczkarstwo, narciarstwo.

W rezultacie Helena stała się bardziej stonowana i wkrótce nauczyła się czytać i pisać w brajlu. Nauczyła się także dotykowego odczytywania mowy z ust tj. odczuwania układu warg po ich ruchach i wibracji za pomocą opuszek palców. Opisana wyżej metoda nazywa się TADOMA, a pełną sprawność w posługiwaniu się nią uzyskało bardzo niewielu ludzi. Helena nauczyła się także mówić, co stanowiło najważniejsze osiągnięcie dla osoby, która utraciła słuch. W końcu Anna zdecydowała, że Helena potrzebuje więcej formalnych wskazówek, jeśli ma zaspokoić swoją ambicję wstąpienia do college'u. W 1888 roku wstąpiły do Instytutu Perkinsa dla Niewidomych w Bostonie. Tutaj Anna kontynuowała naukę Heleny, ale z pomocą oprzyrządowania i książek będących na wyposażeniu szkoły. Potem w 1894 roku wstąpiły do Szkoły Wrighta-Humasona dla Głuchych w Nowym Jorku. Anna uczęszczała na lekcje razem z Heleną i pełniła funkcję jej tłumacza. Anna "wystukiwała" na dłoni Heleny, to co mówili do niej nauczyciele i przepisywała książkę za książką w brajlu.
Helena udowodniła, że jest wybitną uczennicą kończąc Radcliffe College ze stopniem naukowym w 1904 roku. Miała fenomenalną zdolność do koncentracji i zapamiętywania, a także wykazywała uporczywą determinację dla osiągnięcia sukcesu. Kiedy przebywała w college'u napisała książkę pod tytułem: Historia mojego życia.
tutaj znajdziesz ciekawy artykuł
Historia mojego życia - Helen Keller

Pozycja ta okazała się być ogromnym sukcesem finansowym. Za pieniądze,które otrzymała za napisanie tej książki kupiła sobie dom.
Helena była bardzo religijna, a jej wiara stymulowała ją do coraz dokładniejszego poznawania świata. Zaczęła uzmysławiać sobie, że na świecie jest wielka niesprawiedliwość, a ludzie nie są traktowani sprawiedliwie - tak samo. Ślepota była często powodowana przez chorobę, która była z kolei następstwem biedy panującej w społeczeństwie. Helena została socjalistką, domagając się równouprawnienia kobiet i wyższych płac dla klasy pracującej. Pomogła także w założeniu Amerykańskiej Fundacji na rzecz Niewidomych mającej na celu zapewnienie świadczeń na wyższym poziomie dla ludzi z inwalidztwem wzroku.
Helena podróżowała po kraju, wygłaszając wykład za wykładem. Napisano o niej kilka książek i zrobiono kilka filmów o jej życiu. W końcu stała się tak słynna, że była zapraszana za granicę i przyjmowano ją z wielkimi honorami na zagranicznych uniwersytetach. W 1932 roku została wiceprezesem Królewskiego Narodowego Instytutu dla Niewidomych w Zjednoczonym Królestwie.
Po jej śmierci w 1968 roku założono na jej cześć stowarzyszenie do walki ze ślepotą w krajach rozwijających się. Obecnie ta organizacja - Helen Keller International jest jedną z największych organizacji pracujących z ludźmi niewidomymi na świecie.

Helena Keller nie odniosła by tak wielkiego sukcesu, gdyby nie jej genialna nauczycielka - Annie Sullivan, która towarzyszyła jej wszędzie przez prawie 50 lat. Bez pomocy swojej wiernej nauczycielki Helena prawdopodobnie pozostawałaby w wyalienowanym świecie, jak w pułapce, z której nie ma ucieczki.
Nie ma jednak także wątpliwości, że Helena Keller była jednostką wybitną, wybitnie zdolną. Była ona niezwykle inteligentna, wrażliwa i zdecydowana. Z pewnością była pierwszą osobą głuchoniewidomą, która odniosła sukces życiowy tej miary. Jednak nie jest ona jedyną osobą głuchoniewidomą, której się powiodło. Jest po prostu najlepszą z najlepszych.
Być może największym jej sukcesem był fakt przekonania innych, o tym, że kalectwo nie jest tragedią i czymś niemożliwym do przezwyciężenia.
Pewna Japonka powiedziała o Helenie Keller:
"Przez wiele pokoleń tj. przez więcej niż jesteśmy w stanie policzyć, opuszczaliśmy ze smutkiem głowę i godziliśmy się ze ślepotą i nędzą. Ta głuchoniewidoma kobieta z dumą unosi swoją głowę i uczy nas jak pokonywać trudności przez własną pracę i śmiech. Przynosi ona światło i nadzieję naszej duszy".

"Życie jest przygodą dla odważnych - albo niczym."
"Czasem tak długo wpatrujemy się w zamknięte drzwi, że nie dostrzegamy tych, które się otworzyły."
 Helena Keller

niedziela, 17 kwietnia 2011

Motywujący Weekend - Niedziela

Obejrzyj te dwa filmy... i do dzieła.
Choćby to miała być najmniejsza rzecz,
ale zrób od razu - to doda Ci sił.



czwartek, 20 stycznia 2011

Gdy wrócił do domu płakał przez kilka godzin...


Dziś skupimy się na niesamowicie inspirującej historii Sylvestra Stallone. Każdy z nas ma zapewne różny stosunek do tego aktora. Jednak nie o Rambo, ani nie o Rocky będzie dzisiaj w głównej mierze ten post.

Sylvester od samego początku wiedział, co chce w życiu robić. Jego marzeniem była praca w przemyśle filmowym - zarówno jako aktor, scenarzysta, jak i reżyser. Miał jasno określony cel i świadomość, że tylko w tej branży może się spełnić.
Głównym powodem obrania takiej właśnie drogi życiowej była chęć inspirowania ludzi
. Zachęcania ich do podejmowania wyzwań, realizacji pragnień i stawiania czoła przeciwnościom losu, które jemu samemu towarzyszyły już od urodzenia. Z powodu komplikacji miał częściowy paraliż twarzy, prawy policzek ma nieruchomy, a wykrzywienie niższej wargi i zaburzenia mowy pozostały mu na całe życie.. Zamiast wzbudzać respekt, sam musiał znosić obelgi i przezwiska innych dzieci. Był dzieckiem trudnym, pełnym kompleksów, często zmieniającym szkoły.

W świat filmu chciał wejść zaczynając od aktorstwa. Poszedł do ponad tysiąca pięciuset agencji filmowych w Nowym Yorku i za każdym razem mu odmawiano. Prawda jest taka, że nie ma aż tylu agencji filmowych w tym mieście, tylko, że Stallone w niektórych był po pięć, sześć, a nawet i po dziewięć razy. W końcu udało mu się zagrać w kilku filmach. Grubą przesadą byłoby powiedzieć o tych rolach, że były drugoplanowe. Na ekranie pojawiał się na kilkanaście sekund, nie był wymieniany w czołówkach. Często wcielał się w ofiary pobicia (czyżby sądzono, że ma ku temu naturalne predyspozycje?!?). Jednak swój debiut przed kamerą zaliczył epizodem w komedii... erotycznej. Kilka lat temu mój Przyjaciel zaciekawiony tym faktem, odnalazł ów film. Nosi nazwę Wieczorek u Kitty i Studa (The Party at Kitty and Stud's, 1970). Powiem szczerze, że umieraliśmy ze śmiechu oglądając zaledwie urywek filmu.Ale bynajmniej nie było to spowodowane poziomem artystycznym.

Życie Stallone było usłane odmowami. Jedna po drugiej… i następna… i kolejna. Co więcej nie miał on innych źródeł dochodu. Nieraz szedł spać z pustym żołądkiem. Nie stać go też było na ogrzanie mieszkania. Żonie bardzo nie podobał się taki obrót spraw. Chciała, by jej mąż zrobił coś wreszcie ze sobą, by zaczął regularnie zarabiać. Sytuacja pogarszała się z każdym dniem. Coraz większe pretensje, coraz gorsza atmosfera, coraz częstsze kłótnie. Stallone spytany, dlaczego nie znalazł sobie jakiejkolwiek pracy, skoro było już tak źle, odpowiedział, że to zabiłoby jego marzenia. Nie chciał utracić motywacji, pójść na łatwiznę. Głód sukcesu był jedynym atutem, jaki posiadał, a coraz gorsza sytuacja materialna wyzwalała coraz większą determinację.

Zimą dużo czasu spędzał w bibliotece. Nie był miłośnikiem literatury. Po prostu w domu było tak potwornie zimno, że chodził się tam ogrzać. Pewnego dnia ktoś pozostawił na stoliku zbiór poezji Edgara Alana Poe. Stallone sięgnął po niego, przeczytał całość i… zmienił strategię realizacji swych marzeń. Jak sam wspomina był to jeden z kluczowych momentów w jego życiu. Zamiast skupiać się na sobie, postanowił dotrzeć do innych, poruszyć ich. A zrobić to miał pisząc inspirującą historię.
Jak to w życiu, początki były ciężkie. W końcu jednak udało mu się sprzedać zrodzony w bólach scenariusz do filmu „Paradise Alley”. Sam zagrał w nim wiele lat później, ale na chwilę obecną był to tylko jednorazowy sukces z marnym happy endem w wysokości 100 dolarów. Przyszły aktor, choć żadne znaki na niebie nie wskazywały, że kiedykolwiek nim zostanie, sięgnął dna. Sprzedał biżuterię swojej żony. Zrobił to oczywiście bez jej wiedzy i zgody. Tak zakończyło się ich małżeństwo, ale nie kłopoty Stallone. Najgorszy dzień w jego życiu miał dopiero nadejść. Był już tak biedny, że nie miał na karmę dla swojego psa. Poszedł więc pod sklep monopolowy, by sprzedać pupila za pięćdziesiąt dolarów. Po utargowaniu ceny kupił go jeden z klientów. Stallone za swojego największego przyjaciela dostał dwadzieścia pięć dolarów. Gdy wrócił do domu płakał przez kilka godzin. Jak wspomina, nie było gorszego momentu w jego życiu.

Dwa tygodnie później Muhammad Ali walczył z Chuckiem Wepnerem. Stallone oglądał pojedynek i wtedy właśnie wpadł na pomysł filmu. Dwadzieścia kolejnych godzin spędził na napisaniu całego scenariusza. Bez snu, bez jedzenia. Stworzył historię, o której być może słyszałeś – o nikomu nie znanym bokserze, który nazywał się Rocky Balboa. Teraz trzeba było tylko sprzedać ją jednej z agencji filmowych. W pierwszej powiedzieli mu, że jest ona zbyt przewidywalna, głupia, ze zbyt radosnym zakończeniem. Stallone skrzętnie notował wszystkie uwagi, by odczytać je w oskarową noc, odbierając jedną z trzech statuetek za film (10 nominacji). Zanim jednak do tego doszło odmawiano mu w kolejnych agencjach. W końcu trafił na ludzi, którzy uwierzyli w jego dzieło. Zaoferowali mu za scenariusz 125 tysięcy dolarów. Stallone zgodził się pod warunkiem, że zagra tytułowego Rocky'ego. Producenci nie wyrazili na to zgody. Chcieli do tej roli gwiazdę, a nie pisarza o zdeformowanej twarzy. Stallone miał do wyboru skasować górę forsy, lub wyjść ze swoim scenariuszem. I wyszedł! Kilka tygodni później ta sama agencja zaproponowała 250 tysięcy pod warunkiem rezygnacji z głównej roli. Stallone nie zgodził się. Odrzucił też 325 tysięcy i powiedział, by do niego nie dzwonili, jeśli to nie on będzie miał wcielić się w tytułową postać. Po jakimś czasie telefon znów zadzwonił. Oferta brzmiała następująco: główna rola, 35 tysięcy dolarów i część zysków ze sprzedaży biletów. Stallone przyjął warunki i chyba dobrze na tym wyszedł, gdyż agencja wydając na produkcję „Rocky’ego” jedynie milion, zarobiła… 200 razy tyle.

Stallone z grubym portfelem udał się pod sklep monopolowy. Nie po to, by oblać swój sukces. Czekał tam na faceta, któremu sprzedał psa. Trwało to trzy dni. Gdy się wreszcie pojawił, aktor zaproponował mu sto dolarów za odkupienie pupila. Nowy właściciel nie miał jednak ochoty pozbyć się zwierzaka. Targom nie było końca. Ostatecznie Stallone odzyskał kudłatego przyjaciela za… 15 tysięcy dolarów. Dodatkowo zagwarantował byłemu już właścicielowi rolę w Rockym. Co więcej, wspomniany pies też w tym filmie się pojawia.

To wszystko przypomina nam, że bez względu na okoliczności, jeśli jesteś mocno zdeterminowany do osiągnięcia celu i ze wszystkich sił dążysz do niego, to w końcu jesteś "skazany" na jego osiągnięcie!

wtorek, 18 stycznia 2011

Dopóki walczysz - jesteś zwycięzcą!


Na dziesięć minut przed startem w igrzyskach w Seulu brytyjski czterystumetrowiec Derek Redmond musiał się wycofać z powodu kontuzji ścięgna Achillesa. Tym większa była jego nadzieja na olimpijski sukces cztery lata później. Los okazał się jednak okrutny. Chwilę po starcie w biegu półfinałowym Redmond poczuł gwałtowny ból w mięśniu dwugłowym uda i padł na bieżnię. Jednak nie poddał się. Zapłakany, w skrajnej desperacji powstał z tartanu i zaczął kuśtykać ku mecie przy wzmagającym się dopingu widowni. Kontuzjowany sprinter nie był w stanie utrzymać się na nogach. W tym momencie z trybun zbiegł jego ojciec. Wsparł syna ramieniem i razem dotarli do mety, długo po finiszu całej stawki. Publiczność jasno dała do zrozumienia, że dla niej to Redmond był zwycięzcą tego biegu.
"Widziałem to" - mówił Artur Partyka, brązowy medalista w skoku wzwyż na igrzyskach barcelońskich. "To było coś niesamowitego, coś, czego się nie zapomni do końca życia. Chyba właśnie wtedy ludzie na całym świecie zrozumieli, czym dla sportowca jest występ olimpijski. Redmond pozostanie dla mnie bodaj największym wzorem ambicji. Wzorem olimpijczyka" - podkreśla.

czwartek, 9 grudnia 2010

...drzemie geniusz, potęga i magia.


"Johann Wolfgang Goethe - najwybitniejszy niemiecki poeta okresu romantyzmu i jeden z najbardziej znaczących w skali światowej, dramaturg, prozaik, uczony, polityk i wolnomularz"... tak czytamy na Wikipedii.


Dla mnie Goethe wyprzedzał współczesnych sobie ludzi o kilka epok, co znajduje odzwierciedlenie w licznych dziełach inspirowanych twórczością Jana Wolfganga.
Zauważyłeś na pewno, że postać Goethego przewija się nawet w filmie
The Secret


Nie przypadkowo się tam znalazł. W tym poście chcę przypomnieć chyba jedne z najbardziej znanych słów tego wielkiego człowieka. Niech staną się dla Ciebie "cudowną" inspiracją, dzięki której osiągniesz to, co od dłuższego czasu zamierzasz.

Zanim się czemuś oddasz, zawsze jest wahanie,

Szansa, by się wycofać,
nieudolność.

Przy każdej inicjatywie i akcie tworzenia


Jest jedna elementarna prawda,


której nieświadomość zabija nieprzebrane idee


I niezliczone plany:


Że kiedy całkowicie się czemuś poświęcisz,


Opatrzność też wykona swój ruch.


Wszystko się wtedy zdarzy, aby ci pomóc,


Co inaczej nigdy by się nie zdarzyło.


Z decyzji wypływa cały strumień zdarzeń,


Przynosząc z korzyścią dla ciebie najrozmaitsze


Wypadki, spotkania i rzeczy,


O których nikt by nie śnił, że mu się przydarzą.


Cokolwiek robisz lub marzysz, że możesz to zrobić


- Zacznij tylko.


W zdecydowaniu drzemie geniusz, siła i magia.


Zacznij teraz.

sobota, 4 grudnia 2010

Najdziwniejszy Sekret Świata


Kilka dni temu otrzymałem od Przyjaciela pewne nagranie. Było zatytułowane Najdziwniejszy Sekret Świata i pochodziło z 1956 roku. Usiadłem w wygodnym fotelu w ciszy i spokoju słuchając autora "jednej z najlepszych książek motywacyjnych wszech czasów"...




 


dmoz.org

niedziela, 15 sierpnia 2010

Wytrwałość popłaca

W rozmowach z ludźmi często słyszę: „Próbowałem już tysięcy sposobów i żaden nie wypalił." Zastanów się tylko! Z pewnością nie próbowali nawet sto razy, pewnie nawet i nie dziesięć. Większość z nich podjęła zaledwie kilka prób zmiany swojej sytuacji i kiedy te się nie powiodły, przestali robić w ogóle cokolwiek. Dam ci przykład. Czy kiedykolwiek słyszałeś o pułkowniku Sandersie? Z pewnością (Harland Sanders - założyciel KFC).

W jaki sposób pułkownik Sanders odniósł swój wielki sukces? Czy urodził się bogaty? Czy miał bogatą rodzinę? Czy studiował na najlepszych uniwersytetach, jak Harvard? A może pracował na swój sukces od wczesnych lat młodości?

Odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi: nie. Pułkownik Sanders zaczął realizować swoje marzenia dopiero w wieku sześćdziesięciu pięciu lat! Co skłoniło go do działania? Był bez grosza i nie miał nikogo, kto mógłby mu pomóc. Otrzymał pierwszy czek emerytalny na kwotę stu pięciu dolarów i zawrzał z wściekłości. Jednak zamiast narzekać na społeczeństwo albo wypisywać nieuprzejme listy do Kongresu Stanów Zjednoczonych, zadał sobie pytania: „Co mającego wartość dla innych ludzi mogę robić? Co mogę im dać?" Zaczął się nad tym zastanawiać. Pierwsza odpowiedź na te pytania brzmiała: „Mam przepis na kurczaka, który smakuje wszystkim znajomym. Może więc mógłbym zarobić trochę pieniędzy, sprzedając ten przepis restauracjom?" Wtedy natychmiast przyszła kolejna myśl: „Nie, to śmieszne. Pieniądze ze sprzedaży mojego przepisu nie wystarczą nawet na zapłacenie czynszu za mieszkanie. Gdybym więc nie tylko sprzedał mój przepis, ale też pokazał, jak przygotować potrawę? A jeśli kurczak okaże się tak
smaczny, że restauracja się rozwinie? Jeśli właściciele zdobędą w ten sposób więcej klientów, to pomnożą zyski i być może dadzą mi jakiś godziwy procent od tych dodatkowych zysków?"

Wielu ludzi wpada na wspaniałe pomysły. Jednak pułkownik Sanders potrafił nie tylko wymyślać wspaniałe plany, ale też i wprowadzać je w życie. Zaczął więc chodzić od restauracji do restauracji i każdemu właścicielowi mówił:

Mam wspaniały przepis na kurczaka i sądzę, że jeśli go wykorzystasz, zwiększysz zyski firmy. Za mój przepis chcę procent od tych zysków.

Wielu właścicieli restauracji śmiało mu się w twarz: „Wynoś się stąd, starcze, zanim się zdenerwuję! Ale zanim wyjdziesz, powiedz mi, po co nosisz ten głupi biały garnitur." Czy pułkownik Sanders się załamał? Nie! Posiadł bowiem pierwszy klucz do sukcesu, który ja nazywam siłą osobowości: Siła osobowości oznacza konsekwencję podejmowanych działań: ilekroć coś robisz, uczysz się czegoś nowego i znajdujesz sposoby, by następnym razem zrobić to lepiej.
Pułkownik Sanders z pewnością wykorzystał siłę osobowości! Zamiast załamywać się negatywnym wynikiem rozmowy z poprzednim restauratorem, zastanawiał się, jak bardziej skutecznie przekazać swój pomysł kolejnemu. I jak sądzisz, ile razy usłyszał „nie", zanim wreszcie padła pożądana odpowiedź? Otóż odmówiono mu tysiąc dziewięć razy, zanim usłyszał „tak".
Przez dwa lata podróżował po całych Stanach Zjednoczonych, często sypiając na tylnym siedzeniu swojego zdezelowanego samochodu. Jednak każdego ranka budził się z coraz większą chęcią podzielenia się swoim pomysłem z kolejnym właścicielem restauracji. Często jego jedynym pożywieniem były próbki kurczaka, które przygotowywał przed każdym kolejnym spotkaniem. Ilu ludzi potrafiłoby tak jak on znosić bez mrugnięcia okiem dwa lata odmów, ilu potrafiłoby nie załamać się po usłyszeniu tysiąca dziewięciu „nie"? Niewielu, ale pułkownik Sanders był jednym z nich.

Jestem przekonany, że większość z nas nie podjęłaby nawet dwudziestej pierwszej próby, nie mówiąc już o setnej czy tysiącznej. A przecież czasem trzeba próbować właśnie tak wiele razy, aby
odnieść sukces.



P.S. To tylko część doskonałej książki pt. Listy od Przyjaciela, autorstwa Anthonego Robbinsa

niedziela, 6 czerwca 2010

Pragnienie

Czy zdarza Ci się czasem marzyć o czymś, czegoś pragnąć?
Jak bardzo?
Czy to uczucie jest prawie tak mocne, jak wtedy gdy chce Ci się pić?
Czy Twoje pragnienie czegoś nie daje Ci w nocy zasnąć?
A może przejawiasz postawę: "Jak będzie, to będzie, a jak nie to też się nic nie stanie". Jak to jest, a jak to powinno być?

Przeszło miesiąc temu znajomy opowiedział bardzo inspirującą przypowieść. Nie miałem okazji zapytać o tytuł lub autora tej historii, więc rozpocząłem poszukiwania na własną rękę. Z mniejszym lub większym zapałem przeszukiwałem literaturę motywacyjną, kiedy po miesiącu okazało się, że była to parafraza opowiadania pt. Przetrwanie, autorstwa Anthonego De Mello.

PRZETRWANIE

Uczeń codziennie zadawał wciąż to samo pytanie:
- Jak mogę znaleźć Boga?

I codziennie otrzymywał wciąż tę samą tajemniczą odpowiedź:
- Poprzez pragnienie.

- Ależ, czy nie pragnę Boga z całego mego serca? Dlaczego więc dotychczas Go nie znalazłem?

Pewnego dnia Mistrz kąpał się ze swoimi uczniami w rzece. Chwycił go za głowę, i tak długo trzymał pod wodą, że w końcu biedak zaczął szamotać się rozpaczliwie, by się uwolnić.

Następnego dnia Mistrz sam zaczął rozmowę.
- Dlaczego tak się rzucałeś, kiedy trzymałem cię pod wodą?

- Dlatego, że rozpaczliwie szukałem powietrza.

- Kiedy otrzymasz łaskę szukania Boga tak jak wczoraj szukałeś powietrza - będzie to znak, że Go znalazłeś.

P.S. Czy już wiesz, jak bardzo powinieneś czegoś pragnąć, aby się spełniło???

czwartek, 25 lutego 2010

Mega motywator

Człowiek biedny to człowiek bez celu, bez możliwości nauki i bez chęci do zmian
Nikodem Marszałek

Usłyszałem kiedyś pewne opowiadanie, które przedstawiało pewnego sędziego, który żył na Dzikim Zachodzie. Miał on dziwny zwyczaj, każdemu kryminaliście, którego skazywał na powieszenie, dawał wybór: szubienica albo czarne, nieznane drzwi. Kiedy nadchodził czas egzekucji, sędzia ów zawsze kierował do skazanego takie słowa: „Co wybierasz – szubienicę czy czarne, nieznane drzwi?” Prawie każdy, któremu to proponował wybierał sznur. Pewnego dnia szeryf zapytał: „Dlaczego wszyscy wybierają powieszenie, zamiast tych czarnych drzwi?”. Sędzia odpowiedział: „Oni zawsze wybierają coś znanego, wolą to od nieznanego. Ludzie boją się czegoś, czego nie znają. Ja dałem im wybór”. „Co takiego jest za tymi drzwiami?” - zapytał się szeryf. „Wolność” - odpowiedział sędzia - „ale bardzo mało ludzi jest dostatecznie odważna, aby wybrać drogę do nieznanego”.

Czy jesteś dostatecznie silny, odważny? Dlaczego tak bardzo boimy się czarnych, nieznanych drzwi? Czy nasuwa Ci się myśl, że często wybieramy przeciętność, gdy wystarczy przekroczyć czarne, nieznane drzwi, za którymi mogą znajdować się niewyobrażalne przygody, bogactwa, przyjaźnie? Ile to milionów ludzi wybiera konformizm, nie zbliżając się nawet do nieznanych drzwi. Dla sędziego wybór był oczywisty, ale on wiedział co znajduję się za drzwiami. Pytanie do Ciebie – czy wiesz, co znajduję się za Twoją strefą komfortu i wpływu?

Pamiętasz gdy chciałeś zrobić coś nowego, czy zdarzało Ci się powiedzieć: boję się tego, nie wiem jak sobie poradzę, teraz mam rodzinę nie chcę jej narażać na zmiany, to może być ryzykowne? Aby wydostać się z tej pułapki zadaj sobie inne pytanie: skąd wiesz o tym wszystkim? Jeśli już masz fobie, obawy przed stratą, to lepiej doświadczyć tego teraz, czy może za 5,10,15 lub 20 lat? Co złego stanie się jeśli Ci się nie uda? To ważne pytanie i używając ołówka wypisz najgorsze możliwe warianty/zdarzenia/myśli. Wszystkie Twoje lęki i obawy nagle znikną bo nieświadoma obawa przemieniona w świadomą możliwość staję się tylko wariantem.


Czy gdybyś wiedział, że osiągniesz swoje cele, podjąłbyś decyzję już teraz? Co zyskasz jako człowiek? Jakie zyski osiągnie Twoja rodzina?

Studiując biografie znanych osobistości można wywnioskować wiele, a najważniejszą wskazówką jest to krótkie zdanie: „Skacz, działaj po prostu, zrób to”. Slogan reklamowy firmy Nike brzmi: „Just do it”.
Jak myślisz ile osób na nagrobku ma wyryte zdanie:
„Tu spoczywa ten, który nigdy nie próbował: urodził się 1960 roku, umarł 1990, został pochowany w 2007”
Pomyśl ile książek, filmów, piosenek, wierszy, występów, biznesów, znajomości nie zostało stworzonych, bo wybieraliśmy stryczek. Życie nie byłoby ekscytujące, gdybyśmy za każdym razem wiedzieli co nas czeka za „czarnymi, nieznanymi drzwiami”.
To, że Ci nie wyszło nie ma znaczenia; to, że Ci nie wyjdzie drugi raz też nie ma znaczenia, jedno co ma znaczenie - Twoja kolejna próba.

Pewien magnat medialny powiedział: „Nie ma znaczenia ile razy ponosisz porażki, bo one muszą wystąpić, natomiast ma znaczenie twoja odpowiedź na te przeciwności losu”. Są to święte słowa w piśmie zwanym „spełnienie”. Zauważyłeś z pewnością sukces dzisiejszych gwiazd, ja również, ale to, co mnie zainspirowało, to ilość porażek i rozczarowań, przez które musiały przejść. O czym to świadczy? O ludzkiej wytrwałości, a nie o szczęściu jakie miały. Mówiąc: „Ten to miał szczęście” mamy na myśli, że szczęściem było, że nie zrezygnował. Miał szczęście, że nie posłuchał rad widzów i ludzi, którzy dawno się poddali.

Ile ludzi" żyje dziś" w lęku?! Pamiętasz jak w „Odrodzeniu Feniksa” napisałem o trzech lękach. Tutaj mam na myśli inny lęk, wewnętrzny. Czy to strach przed porażką, strach przed wyśmianiem?! Większość ludzi ciągle się czegoś boi. Dwa naturalne lęki to: lęk przed hałasem i upadkiem, reszta jest uwarunkowaniem z dzieciństwa i kolejnych dni. Z punktu widzenia dziecka ten strach jest uzasadniony, ale odpowiedz mi, co robi cała rzesza innych, negatywnych uczuć? W parze z „lękiem” idzie jego większy brat, który ma na imię „możliwość”. Nieefektywnym pytaniem jest: „Czy mam wyruszyć w podróż odczuwając lęk?” Możesz oczywiście dalej siedzieć i wyobrażać sobie, jak byłoby fajnie gdyby... i czekać na okazję lub szansę, która może pojawi się w przyszłości. Wielu ludzi wzmacnia lęk wykorzystując wizualizacje. Dlaczego tak jest, że skupiamy się na strachu, zamiast na zyskach z jego pokonania?

Zakończę ten artykuł historią generała Stonewalla Jackson’a:
„W czasie wojny secesyjnej odbywał on pewnego wieczoru naradę ze swymi generałami. Planował śmiały wypad bojowy do doliny Shenandoah. Pod względem strategicznym był to błyskotliwy plan. Wprawdzie ryzyko było poważne, lecz istniała szansa odniesienia zwycięstwa. W trakcie podsumowania spotkania jeden z generałów powiedział:
- „Generale Jackson, obawiam się tego planu. Boję się, że go nie zrealizujemy”.
Jak głosi historia, Jackson wstał, położył dłoń na ramieniu swego podwładnego i rzekł:
- „Nigdy nie przyjmuj rad od swych obaw, generale. Nigdy nie radź się swego strachu.”

Autorem artykułu jest Nikodem Marszałek, twórca Motywacji bez granic oraz Odrodzenia Feniksa

niedziela, 10 stycznia 2010

Metoda Wiązki lasera i CSS

Zapewne słyszałeś o podświadomości.
Dziś przyjrzymy się jej od strony użytecznej.
A dokładniej - jak wykorzystać podświadomość do realizacji naszych nowo wyznaczonych celów?

Niektórzy twierdzą, że podświadomość jest kluczem do sukcesu. Dzięki niej będziesz w stanie rozwiązać każdy problem, osiągnąć każdy cel, którego szczerze pragniesz. Opiera się na niej każda wielkość i osiągnięcie. Jak to możliwe?
Zapraszam!

Potęga podświadomości zadziwiała wielu najsławniejszych ludzi tego świata. Ralph Waldo Emerson używał określenia "naddusza", Napoleon Hill mówił o niej "nieskończona inteligencja" – nazywając Ją uniwersalnym magazynem wiedzy oraz źródłem wszelkiej wyobraźni i twórczości. Uważał, że umiejętność czerpania z tej inteligencji była podstawą wielkich sukcesów osiąganych przez wielu ludzi, którzy zdobyli bogactwo. Szwajcarski psychoanalityk Carl Jung używał określenia – "umysł nadświadomy". Mówił, że zawiera on w sobie całą mądrość rasy ludzkiej, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Wielu innych nazywało podświadomość „boskim umysłem”, „umysłem uniwersalnym”.

Podświadomość jest źródłem wszelkiej czystej kreatywności. To właśnie w niej sztuka klasyczna, muzyka i literatura mają swój początek. Emerson przyznał się, że jego eseje "pisały się same". Siadał przy biurku, a słowa po prostu spływały z pióra na papier. Mozart od najmłodszych lat komponował. Widział i słyszał muzykę w swoim umyśle i potrafił Ją zapisać, bez poprawek. Beethoven, Bach, Brahms i Strawiński - komponując swoje największa dzieła korzystali z nadświadomości. Kiedy patrzysz na dzieło sztuki, które wydaje się ponadczasowe, masz do czynienia z tworem podświadomości. Edison regularnie sięgał do skarbnicy nadświadomości. Tesla, największy geniusz swoich czasów w dziedzinie elektryczności, konstruował w umyśle modele silników elektrycznych, rozkładał je na części i montował z powrotem.


Ciekawa historia:
Pewien Anglik Michael Faraday, który nie był wykształconym naukowcem, obudził się pewnej nocy z głową pełną wzorów. Usiadł i zapisał kilka stron wzorów matematycznych i obliczeń naukowych, które wylewały się z niego jak rzeka. Gdy skończył pisać, wyczerpany zasnął ponownie. Kiedy się obudził zaniósł swoje notatki do jednego z najbardziej wykształconych naukowców w Anglii. Okazało się, że stworzył on wiedzę, która nigdy przedtem nie istniała. Pracę Faradaya stały się podstawą do opracowania przez Foresta lampy próżniowej i początkiem ery elektronicznej, w której żyjemy.

Kiedy zmagasz się z jakimś problemem i nagle pojawia się pomysł, który okazuje się doskonałym rozwiązaniem, pochodzi on właśnie z podświadomości.
Kiedy zaczniesz wykorzystywać możliwości nadświadomości, twoje idee będą po prostu spadać z nieba.

JAK TO DZIAŁA?
Kiedy zaprogramujesz jakiś cel lub problem (wykorzystując świadomość), a następnie przestaniesz o nim myśleć, zostanie on przerzucony do podświadomości, a ona rozpocznie pracę nad nim
.
PAMIĘTAJ
Zadaniem świadomości jest identyfikacja, porównywanie, analiza i podejmowanie decyzji. Podświadomość przechowuje i udostępnia informacje oraz wykonuje polecenia świadomości. Umysł nieświadomy (podświadomość) działa poza nimi i nad nimi, lecz to przez nie masz do niej dostęp. Podświadomość najlepiej reaguje na jasne, autorytatywne polecenia lub to co nazywamy ”afirmacjami pozytywnymi”. Zawsze, kiedy afirmujesz cel lub jakieś pragnienie ze świadomości do podświadomości, aktywujesz swoją nadświadomość, która daje ci pomysły i energię niezbędne do zrealizowania tego pragnienia.

WAŻNE!
Spal za sobą umysłowe mosty i zdecyduj się podjąć działanie. Odrzuć wszystkie myśli o wycofaniu się czy porażce. Napoleon Hill stwierdził, że niemal każdy z bogatych ludzi, z którymi rozmawiał osiągnął swoje wielkie sukcesy tuż po tym, co wydawało się największą porażką. Wtedy, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerowały, że jest to czas, by się wycofać i poddać. To nieświadomość robiła ostateczny test tuż przed dotarciem do upragnionego celu - czytałeś Alchemika, Paulo Coelho?
Najciemniej jest tuż przed wschodem słońca.

A teraz NAJWAŻNIEJSZE!
JAK ŚWIADOMIE WYKORZYSTAĆ NADŚWIADOMOŚĆ ?

Podświadomość najlepiej działa w dwóch sytuacjach:
1. Gdy twoja świadomość w stu procentach koncentruje się na konkretnym problemie lub celu.
2. Kiedy twoja świadomość jest całkowicie zajęta czymś zupełnie innym.

Przekonaj się sam, która strategia działania sprawdzi się w Twoim przypadku.
Ad.1
Etap pierwszy: Zdefiniuj problem lub cel w sposób zrozumiały, najlepiej na piśmie. Co dokładnie chcesz osiągnąć lub jaki problem chcesz rozwiązać.
Etap drugi: Zbierz jak najwięcej informacji. Czytaj, badaj, zadawaj pytania, aktywnie szukaj odpowiedzi.
Etap trzeci: Spróbuj świadomie rozwiązać problem, rozważając wszystkie możliwe sytuacje.
Etap czwarty: Jeżeli nie udało ci się rozwiązać problemu świadomie, przekaż go podświadomości. Rozmyślnie wyrzuć go ze swego umysłu, tak jakbyś wypuszczał powietrze z balonu.
Etap piąty: Zajmij swoją świadomość czymś innym. Odwróć uwagę i pozwól, by nieświadomość zajęła się problemem.

Nieświadomość da ci właściwą odpowiedź we właściwym czasie. Kiedy nadejdzie ten czas, musisz natychmiast przystąpić do działania. Jeśli odczujesz, że musisz do kogoś zadzwonić, powiedzieć, spotkać się z kimś i wydaje ci się to działaniem słusznym, działaj w wierze i podążaj za swoim instynktem. Działaj jak wiązka lasera - skup się na celu!

Ad.2
Drugim sposobem stymulacji podświadomości jest "Wejście w ciszę", tzw. Metoda CSS

CISZA, SPOKÓJ I SAMOTNOŚĆ.
Musisz mieć czas dla siebie. Musisz uwolnić swoje myślenie od zbędnych obciążeń. Pamiętaj hałas zabija w tobie genialność. Cały czas, bowiem masz wokół siebie odbiorniki radiowe, telefony, telewizory, samochody, krzyki ludzi, szczekanie psów. W tym wypadku nie jest od Ciebie wymagane myślenie.
Musisz tylko znaleźć miejsce, gdzie będziesz samotny i gdzie będzie cisza i spokój – zapomnij o gumie do żucia, słodyczach i papierosach, przynajmniej na pół godziny dziennie. Najważniejsze jest uwolnić się od myśli. Jest to zadanie trudniejsze niż można sobie wyobrażać. Staraj się myśleć o niczym. Zamiast myślenia, skup uwagę na jakimś przedmiocie. Ja zwykle wpatruję się w płomień świecy. Wpatruj się w ten przedmiot nie myśląc o niczym, spokojnie oddychając, bądź zrelaksowany. Nie myśl absolutnie o niczym, bo w tym właśnie zawarta jest tajemnica.


PAMIĘTAJ!

Przedtem pozwalałeś myślą przepływać przez Twój umysł, dowolnym myślom w dowolnym czasie. W ciągu godziny przez twój umysł przepływa ich około tysiąca. Jeśli zdołasz zredukować liczbę tych myśli do osiemdziesięciu w ciągu jednej godziny, zwiększysz swoją wydajność myślową o 20 procent. Celem ostatecznym jest zredukowanie tej liczby do zera. Może to się wydać paradoksem, ale w rzeczywistości umysł staje się najbardziej twórczy, kiedy jest jak najmniej aktywny! Upewnij się, że miejsce, które wybrałeś do "medytowania" uchroni cię przed niepokojem ze strony innych. Jeśli będziesz odczuwał lęk, że ktoś zakłóci twój spokój, z pewnością będzie Ci to uporczywie przeszkadzać. Drugim problemem może być siedzenie bez ruchu przez pół godziny. Wszystko zacznie Cię uwierać, ale wytrwaj, gra jest warta świeczki.
Najlepiej zacznij "medytować" w domu. Zapal sobie świecę. Podziel sobie czas. Paląca się świeca i stoper. Wbij wzrok w płomyk świecy i o niczym nie myśl. Włącz sobie stoper na 10 minut. Patrz i czekaj, aż stoper odmierzy kolejną minutę. Potem próbujesz przetrwać w ten sam sposób minutę następną. Wiem, że możesz po tym wszystkim nadal być nastawiony sceptycznie. Ale musisz spowolnić swój biologiczny zegar. Miotasz się z miejsca na miejsce. Thomas Fuller uchwycił istotę sprawy w zdaniu "Kogoś, kto jest wszędzie nie ma nigdzie". Przez kilka tygodni nic się zapewne nie będzie działo. Będziesz siadał w bez ruchu i nie będziesz myślał o niczym. A potem nagle pewne rzeczy będą nabierać kształtów. Będą rodziły się w tobie wspaniale pomysły.

Źródłem mocy Einsteina była samotność, której często się nie dostrzega i o której się nie mówi. Pomysły będą Ci wpadać do głowy, kiedy nie będziesz myślał. Nie można usiąść po to, by wymyślić jakiś wynalazek, napisać bestseller lub stworzyć coś, co przyniesie Ci pieniądze. Pomysły wpadają Ci do głowy, kiedy nie myślisz. Powtarzam, kiedy nie myślisz. Leonardo da Vinci (największy z geniuszów, jakich wydała ludzkość) stał godzinami wpatrując się w popiół dogasającego ogniska. I nagle jego myślenie podświadome podsuwało mu wspaniały pomysł... który od razu realizował.
Ludzie nie ponoszą porażek, tylko łatwo się poddają.


środa, 30 września 2009

"Puszczanie latawca"


Mistrzu, od kiedy opuściłem ciebie i klasztor, nie jestem w stanie przezwyciężyć kłopotów – żalił się uczeń. Wydaje mi się, że we wszystkim mam pod górkę. Wszystko przychodzi mi dużo trudniej niż innym. Cały czas pod wiatr, a ten wiatr na dodatek sypie mi piaskiem w oczy. Bez przerwy mam kłody pod nogami. Mówiłeś nam, aby wyjść na swoją drogę życia, ale ja bez przerwy potykam się na niej. Wszystko sprzysięga się przeciwko mnie. Może powinienem wrócić do klasztoru? Może nie jestem gotowy?

- Jestem teraz bardzo zajęty – odparł mistrz – i nie mam specjalnie czasu, aby z tobą rozmawiać. Bardzo się spieszę, bo jest odpowiedni moment.

Mistrz był wyraźnie podekscytowany i krzątał się w pośpiechu po izbie, zbierając jakieś bambusowe patyki, rolując zwoje papieru i zwijając kłębek sznurka.

- Odpowiedni moment na co? – spytał uczeń.
- Na puszczanie latawca – z uśmiechem odparł mistrz. – Wieje mocny wiatr.

Uczeń był zaskoczony i rozczarowany. Jego mistrz idzie się beztrosko bawić, puszczać latawce, gdy on prosi o pomoc! Co za bezsens i głupota, a w dodatku lekceważy mnie.

- Chodź ze mną – powiedział mistrz. – To bardzo mądre i pouczające zajęcie – dodał, jakby odczytując myśli ucznia i dał mu ogromny kłębek sznurka do niesienia.

- Uważaj, nie poplącz i nie wypuść. – A sam wziął na plecy bambusy, papier i jeszcze jakieś elementy, które wydawały się uczniowi do niczego nieprzydatne.

Ociągając się uczeń ruszył za nim. Wyszli na wzniesienie. Mistrz rozrzucił bambusowe patyki i zaczął je starannie związywać według sobie tylko znanego porządku. Pewne części wsunął w otwory w papierze, coś dowiązał, coś przewiązał. Uczeń patrzył na to, jak na “czarną magię”. Nie widział celu, ani sensu w tym, co robi mistrz. Dla niego na ziemi cały czas leżała tylko kupa patyków i papieru. Mistrz dowiązał sznurek, część rozwinął i tę bezładną “kupę” ustawił pod wiatr.

- Gotowe. Stań tu, mocno trzymaj i powoli rozwijaj kłębek.

Wiatr, który rzeczywiście dął tęgo, uniósł misterną konstrukcję mistrza w powietrze. Uczeń trzymał sznurek i całą uwagę skupił na tym, żeby go nie wypuścić z ręki, podczas gdy wiatr szarpał gwałtownie.

- Patrz w górę! – krzyknął mistrz.

Uczeń spojrzał i zobaczył wspaniałego kolorowego, papierowego ptaka z długim ogonem, który majestatycznie szybował na tle przepięknych szczytów górskich. Widok był niesamowity.

- Zawsze patrz w górę, na szczyty. Ludzie nie potykają się o góry, ale o kretowiska. – uśmiechnął się ponownie. Czasami coś wydaje ci się bez sensu, niepotrzebne, do niczego nieprzydatne. Nie widzisz w tym celu. Ale potem nagle przyjdą odpowiednie warunki i wszystko nabiera sensu. Rozumiesz?

Uczeń zamyślił się: “A może puszczanie latawca nie jest do końca takim głupim zajęciem?” Z zamyślenia wyrwał go ostry głos mistrza.

- Dlaczego tak kurczowo trzymasz sznurek przy sobie? Dlaczego go więzisz? Pozwól mu się rozwinąć. Rozwijaj!

Latawiec wzbijał się wyżej, wyżej i wyżej, w miarę jak uczeń rozwijał sznurek. Dopiero, gdy był bardzo wysoko, prezentował się w całej swej krasie. Uczeń zrozumiał sens tej czynności i już był pewien, że puszczanie latawca może być źródłem wielu interesujących spostrzeżeń.

- Podoba ci się? – spytał mistrz.
- Tak, coś fantastycznego – szczerze odpowiedział uczeń, zapatrzony w niebo.
- A wiesz czemu latawce szybują tak wysoko? Bo napotykają silne przeciwne wiatry!


"Bajki Chińskie, czyli 108 opowieści dziwnej treści" Zbigniewa Królickiego