Pokazywanie postów oznaczonych etykietą optymizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą optymizm. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 stycznia 2013

Świat bez narzekania...

 ...czyli siła wdzięczności w służbie Tobie!


Witaj w Nowym Roku!

Pozwól, że złożę Tobie najszczersze życzenia wszystkiego najcudniejszego, nadzwyczajnego, energetycznego, optymistycznego, pasjonującego, najwspanialszego i najszczęśliwszego w 2013 roku!
Po co te wszystkie przymiotniki? Nie ma przypadku! Pamiętasz post zatytułowany Słowa - proste?

Ale wróćmy do tematu.
Niektórzy ludzie na początku każdego roku wyznaczają sobie cele do realizacji na najbliższe 365 dni.

Jeśli jesteś jedną z takich osób, ale jeszcze nie wiesz co byłoby warte Twojego wysiłku, to mam dla Ciebie propozycję.

21 dni  bez narzekania.  

Tylko tyle.

Wchodzisz w to?

Oto szczegóły:



Jak mawia twórca tej metody, Will Bowen:
Ludzie za bardzo koncentrują się na tym czego nie chcą, przez co nie dostają tego, czego chcą. A najprostszą drogą do tego jest narzekanie!

PS. Dlaczego 21 dni? Otóż psycholodzy twierdzą, że codzienne powtarzanie tej samej czynności przez 21 dni wystarczy, aby wytworzyć w sobie nawyk. To jest użyteczna informacja np. dla tych, którzy chcą rzucić palenie (popularne postanowienie noworoczne). Oczywiście nie należy brać tych 21 dni dosłownie, jak jakąś wyrocznie. Ludzie są różni i dlatego jednej osobie wystarczy 14 dni, a inna potrzebuje 30. Dwadzieścia jeden dni jest średnim czasem dla większości, ale nie dla wszystkich.

Zatem choćby się paliło i waliło - nie narzekamy! :D
...tylko przez 21 dni.
"Spodziewaj się cudów".

PS2. Następny post będzie szczególny - przygotowywałem się do niego pół roku.
W materiale zatutułowanym Wyciszenie wspominałem, że czasem przeglądam strony na których ludzie z całego świata dzielą się z innymi własnymi marzeniami. Następny post będzie na temat marzenia nr 1 - chyba najpopularniejszego postanowienia co roku, na początku stycznia.
Zapraszam wkrótce!

środa, 5 grudnia 2012

Marzycielska Poczta

Jutro dzień Świętego Mikołaja, a zatem  wszystkie dzieci otrzymają od Świętego prezenty.
Ale nie wszystkie dzieci mają powody do uśmiechu.
Mam na myśli chore dzieci, które być może nie wyzdrowieją nigdy, a mimo to potrafią cieszyć się życiem lepiej, niż niejeden dorosły.

Dla tych dzieci powstał projekt pt. Marzycielska Poczta



Ponieważ nie każde dziecko, będzie mogło spędzić święta z najbliższymi w domu,
szczególnie teraz, przed świętami Bożego Narodzenia, kartki i listy do dzieci są tak szczególnie ważne!

Przyłącz się proszę do Akcji i wyślij choćby najprostszą kartkę świąteczną lub widokówkę z miejsca w którym mieszkasz. Spraw, by na twarzy dziecka znowu zagościł uśmiech :D
Tutaj znajdziesz profile chorych dzieci: http://marzycielskapoczta.pl/category/chore-dzieci/

PS. Nie zapominajmy przy tym o własnych dzieciach i dzieciach naszych bliskich.
Czasem nie potrzeba wysyłać listu/kartki przez pół świata, aby pomóc potrzebującym dzieciom.
PS2. Czy pamiętasz post zatytułowany Podaj Dalej ? Marzycielska Poczta to właśnie jeden ze sposobów, aby tak zwyczajnie zrobić coś dla drugiego, nieznajomego człowieka.

sobota, 29 września 2012

czwartek, 16 sierpnia 2012

Polakom gratulujemy EURO!

Witaj,
od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem podsumowania Mistrzostw Europy w piłce nożnej, czyli UEFA Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie. Czekałem jednak na zakończenie Letnich Igrzysk Olimpijskich w Londynie (do których również wrócimy).
Nie jest to blog o tematyce sportowej, więc nie będę rozpisywał się na temat poziomu sportowego.

Przyjrzyjmy się stronie organizacyjnej, wysokiej ocenie zagranicznych kibiców i wspaniałej atmosferze na stadionach.

Naprawdę mamy powody do dumy. Wbrew narzekaniom wiecznych malkontentów: "że nie zdążymy", "że będzie pośmiewisko" itp. itd. Nie rozumiem takiej postawy i nie wiem czemu ona służy. Może mobilizacji tych, którym chce się coś zrobić, zamiast jęczeć!?!
Kto wie?
Na szczęście w Polsce są też ludzie czynu i działania, dlatego impreza przeszła do historii jako bardzo udana, o czym świadczą sondaże (szczegóły tutaj)

Widać to najlepiej na poniższym materiale wideo.

Wybacz odrobinę prywaty, ale...
Wielkie słowa uznania dla Pana Grzegorza za zmontowanie najlepszego materiału nt. Euro 2012 jakie widziałem. To też świadczy o tym, że Polacy potrafią być najlepsi - WIELKIE DZIĘKI - oglądam to prawie codziennie i ciągle mi mało!


Osobne słowa uznania należą się cudownym kibicom z Irlandii!
Ich postawa została doceniona nie tylko przez gospodarzy Mistrzostw, ale również władze UEFA (szczegóły tutaj).
Irlandii gratulujemy najlepszych kibiców piłkarskich na świecie!
Stand Up For The Boys In Green!

Zamiast burd z policją...


Porażka 4:0? I co z tego - najważniejsze to dobrze się bawić!

niedziela, 15 lipca 2012

"Plany są dla architektów"

Cześć :)
Kiedy blisko 4 lata temu rozpoczynaliśmy pisanie tego bloga nie sądziłem, że ktoś poza wąskim gronem Przyjaciół będzie miał ochotę to czytać.
Mimo tego, że nie zrobiliśmy nic w kierunku promocji Fascynującej podróży... co miesiąc gościmy tutaj około 1500 czytelników z całego świata. Długo by wymieniać liczną polską Polonię, ale szczególne pozdrowienia kieruję na Alaskę i do Singapuru
SERDECZNE DZIĘKI i POWODZENIA NA TWOJEJ DRODZE!

Dzisiaj już będzie typowo podróżniczo.
Spojrzymy na życie i świat oczami czterech szalenie interesujących osób.
Interesujących do tego stopnia, że gdy ich słuchałem wpadałem nie raz w hipnotyczny trans!

Naszym pierwszym przewodnikiem będzie Władysław Grodecki - ogromnie barwny i doświadczony podróżnik. Posłuchaj...

Więcej na temat Pana Władysława znajdziesz TUTAJ

Następnie popłyniemy w podróż dookoła świata z Nataszą Caban

Z trudem przychodzi mi napisać wprowadzenie dla kolejnego podróżnika, ponieważ jest osobą tak wszechstronną i nieszablonową, że nie wiem od czego zacząć.
Tomasz Michniewicz, bo o nim mowa, to jeden z propagatorów BACKPACKING-u.
Zdaję sobie sprawę, że ten sposób nie jest najlepszy dla każdego, ale jeśli ktoś odważy się i spróbuje, to może nie zechcieć już więcej wycieczek z biura podróży.


A "na deser" temat szczególnie bliski mojemu sercu.

Od czasu powrotu z Meksyku chodzi mi po głowie jedna myśli - "Podróż dookoła świata".
Jestem trochę monotematyczny jak Natasza (patrz powyżej) i szukam najlepszego rozwiązania. Zarówno w kwestii samego przebiegu trasy, długości wyprawy, transportu, itd.
Jeżeli masz podobny sposób myślenia, jak goście dzisiejszego posta i jednocześnie temat podróży dookoła świata nie jest Ci obojętny, to gorąco zachęcam Cię do kontaktu ze mną. Możesz (powinnaś/powinieneś) do mnie napisać na adres:
360rtw [małpka] gmail [kropeczka] com
(piszę tak celowo ze względu na roboty sieciowe rozsyłające spam - zwyczajnie wstaw w miejsca nawiasów standardowe znaki).
Jestem przekonany, że w tak licznym gronie znajdą się miłośnicy "podróży za jeden uśmiech".


PS
W ostatnim czasie zaobserwowałem nasilenie działalności sceptyków.
Cóż - musiałem ich jakoś przyciągnąć, ale nie żałuję. To dobry moment, żeby oddzielić tych którzy chcą coś zrobić od tych którzy chcą jedynie coś powiedzieć (lub napisać).

Rozumiem, że ktoś może mieć wątpliwości. W końcu powiedzieć można wszystko: "że się kogoś lubi, szanuje", "że zrobi się to i tamto", a w rzeczywistości może być różnie! Dlatego bardziej niż na słowa nauczyłem się zwracać uwagę na czyny - polecam. Mniej rozczarowań.
Drugim tematem są oczywiście pieniądze (w sumie jest to temat nr 1)
Zdarza się czasem pomylić priorytety. Nie mam zamiaru tego komentować.

Zatem powtórzę jeszcze raz. Jeśli "na serio" myślisz o wyprawie dookoła świata to napisz do mnie, a jeżeli nie to zapomnijmy o tym co było w tym poście - szkoda czasu i energii. Mimo wszystko powodzenia!

piątek, 13 lipca 2012

Zdezorientowany?

   "Jeśli czujesz się w życiu zdezorientowany, nie jesteś sam. Jest nas niemal siedem miliardów. To oczywiście żaden problem, jeśli uświadomisz sobie, że życie nie jest ani problemem do rozwiązania, ani grą do wygrania.
   Jeśli za bardzo starasz się ułożyć klocki tej nieistniejącej układanki, tracisz całą prawdziwą radość. Ciężar pogoni za sukcesem można zastąpić nieoczekiwaną lekkością, którą poczujesz, uświadomisz sobie, że jedyne reguły i ograniczenia to te, które sami dla siebie ustalamy.
   Dlatego bądź odważny i nie martw się o to, co myślą ludzie. Nie robią tego zbyt często.
   Dwa lata temu za sprawą bliskiego przyjaciela trafiłem na pewien wiersz
- napisany przez psychologa dziecięcego Davida L. Weatherforda. Mój przyjaciel po przeczytaniu go porzucił swój plan życia odkładanego na później. Mam nadzieję, że i ty zrobisz to samo."
Tekst pochodzi z często przywoływanej przeze mnie książki 4-godzinny tydzień pracy i łączy się z postem pod tytułem Powolny taniec.
Ten kto czytał książkę wie, że te kilka zdań powyżej są wprowadzeniem do wspomnianego wiersza zatytułowanego... Powolny taniec

PS. Dlaczego o tym piszę? Otóż w najbliższą sobotę i niedzielę ukażą się ostatnie 2 posty przed "wakacyjną przerwą".
To co teraz czytasz jest wprowadzeniem do tematyki podróżniczej, do której nawiązuje tytuł bloga. Serdecznie zapraszam, ponieważ Goście będą niezwykli, a zaczniemy mocnym akcentem

wtorek, 17 stycznia 2012

"Moim kolejnym celem jest wyprawa w przestrzeń kosmiczną."

Zobacz historię człowieka, który "oszukał śmierć" i chociaż jest nieuleczalnie chory, jego marzenia są większe niż niejednego zdrowego.

"Stephena Hawkinga cechuje niesłabnący entuzjazm, który pozwolił mu osiągnąć tak wiele mimo ogromu cierpienia. Dzięki swej kosmicznej sile woli wciąż wygrywa walkę z dramatyczną diagnozą sprzed półwiecza.
Pielęgniarka podaje mi zwisającą bezwładnie dłoń Stephena Hawkinga, bym mógł się z nim przywitać. Choć twarz profesora wciąż wygląda młodzieńczo, nie sposób nie dostrzec straszliwego dramatu choroby, która od prawie 50 lat niszczy jego organizm. Mimo to nie czuję wcale litości – jedynie podziw.
W 1963 roku ten bystry, ambitny, 21-letni doktorant Cambridge dowiedział się, że cierpi na nieuleczalne schorzenie układu nerwowego (jak okazało się później, na nietypową postać stwardnienia zanikowego bocznego) i ma przed sobą najwyżej dwa lata życia. Neurodegeneracyjna choroba zaatakowała nerwy kontrolujące mięśnie Hawkinga, odciskając piętno na jego ciele, a następnie także na zmysłach, psychice i intelekcie.
8 stycznia Hawking obchodził 70 urodziny. Z tej okazji w Cambridge odbyła się konferencja na jego cześć, na którą zaproszono 27 prelegentów, światowej sławy specjalistów od czarnych dziur, kosmologii i fizyki fundamentalnej.
Gdy ciało odmówiło przed wielu laty Hawkingowi posłuszeństwa, użył on swego umysłu, by wyruszyć w kosmiczną podróż do początków czasu i przestrzeni. Oto historia człowieka, który nie poddał się wyrokowi medycyny i od nowa napisał prawa fizyki.
(...)
Mimo fatalnej medycznej diagnozy Hawking przebył od tamtego czasu lata świetlne, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Nigdy się nie skarżył ani nie użalał nad sobą: wspomina, że z początku ukojenia szukał w muzyce Wagnera. – Doniesienia prasowe, jakobym zaczął wtedy ostro pić, są przesadzone – mówi.
Hawking odzyskał życiowy optymizm i nadzieję, gdy poznał Jane Wilde, studentkę językoznawstwa, którą poślubił w 1965 roku. Postęp jego choroby spowolnił, a on rzucił się w wir badań, zmieniając się z genialnego, choć leniwego studenta w pracoholika. Pierwszy raz zwrócił uwagę kolegów po fachu pod koniec lat 60., kiedy podjął współpracę z Rogerem Penrose. Naukowcy zauważyli, że prawa fizyki – zwłaszcza teoria względności Einsteina – czasami przestają działać, czego efektem jest zjawisko zwane osobliwością. Wykazali, że jeżeli ogólna teoria względności jest prawidłowa, to tego typu osobliwości musiałyby występować wewnątrz czarnych dziur – oraz najprawdopodobniej w początkowych stadiach wszechświata. Koncepcja ta sugeruje, że osobliwości pojawiają się na początku i końcu przestrzeni oraz czasu, które powstały w trakcie Wielkiego Wybuchu i załamują się wewnątrz czarnych dziur.
(...)
Kariera Hawkinga rozwijała się, ale jego choroba niestety również postępowała. Gdy w 1983 roku wystąpił w programie "Horizon" na BBC, mówił niewyraźnie i trudno było go zrozumieć. Wkrótce musiał poddać się tracheotomii i całkowicie utracił zdolność mowy: był w stanie komunikować się jedynie unosząc brwi i wybierając w ten sposób pokazywane mu na kartkach literki.
(...)
W życiu prywatnym Hawkingowi też nie zawsze wiodło się najlepiej. Wraz z Jane doczekali się trojga dzieci – Lucy, Roberta i Tima – ale rozstali się w 1991 roku. Jedną z kości niezgody były różnice natury religijnej: oczywista implikacja najbardziej śmiałej teorii Hawkinga, kosmologii kwantowej, głosi, że powstanie i ewolucję świata można wyjaśnić całkowicie prawami fizyki, bez odwołania do stwórcy. Choć Hawking nieraz nazywał nadrzędną teorię kosmosu "poznawaniem umysłu Boga", rozumie to sformułowanie metaforycznie. Kiedyś powiedział mi: "Można rzec, że prawa fizyki są dziełem Boga, ale jest to bardziej definicja Boga, niż dowód Jego istnienia". Jane nie potrafiła też do końca poradzić sobie z presją sławy i brzemieniem niepełnosprawności męża, ani samodzielnie podołać jego opiece. Na szczęście byli małżonkowie pogodzili się w 2006 roku, po rozwodzie Hawkinga z drugą żoną Elaine Mason, która wcześniej była jego opiekunką.
Mimo stanu zdrowia – oraz niemałych zasług, które już dawno powinny być uhonorowane Nagrodą Nobla – Hawking nie przestaje prowadzić badań. Jego najnowsza duża praca, napisana wspólnie z Thomasem Hertogiem z Paryża i Jimem Hartle z Kalifornii, podejmuje próbę głębszej interpretacji zjawiska inflacji kosmologicznej, zadziwiającego rozrostu wszechświata w jego wczesnym stadium. Naukowcy sugerują, że wszechświat miał wiele różnych początków i historii – a co więcej, doświadczył ich wszystkich. Owa "odgórna" kosmologia zakłada, że teraźniejszość "wybiera" jedynie te warianty historii, które prowadzą do obecnego stanu.
Tymczasem w naszym obserwowalnym wszechświecie Hawkingowi żyje się coraz trudniej. Do swojego gabinetu przyjeżdża zwykle popołudniami, a w ostatnich miesiącach znacznie częściej odwiedzał szpital Papworth. Niekiedy ma problemy z oddychaniem i potrzebuje respiratora, co jeszcze bardziej utrudnia komunikację z opiekunkami, asystentami i rodziną. Lucy mówi, że trwają prace nad nową technologią, która ma odczytywać fale mózgowe Hawkinga i przekładać je na jego charakterystyczny głos; pomaga w tym francuski neurobiolog i informatyk Philip Low. Koncern Intel, który od lat za darmo dostarcza Hawkingowi urządzenia komputerowe i komunikacyjne, również pracuje nad metodą zautomatyzowanej interpretacji ograniczonej mimiki twarzy profesora.
W czasie kariery Hawkinga kosmologia awansowała z niszowej dziedziny na pozycję jednej z najbardziej fascynujących nauk – w dużej mierze dzięki jego inspiracji i wkładowi. Profesor podkreśla, że "cudownie jest żyć i móc prowadzić badania z fizyki teoretycznej".
Ośrodek Kosmologii Teoretycznej oraz Intel zorganizowały w dniu urodzin Hawkinga sympozjum poświęcone stanowi wszechświata. 20 stycznia otwarta zostanie z kolei wystawa w londyńskim Science Museum. Kuratorzy dołożyli wszelkich starań, by uchwycić ducha wielkiego dzieła wybitnego uczonego. Lucy Hawking przyznaje jednak, że najtrudniej jest ukazać inny kluczowy element biografii jej ojca: niesłabnący entuzjazm, który pozwolił mu osiągnąć tak wiele mimo ogromu cierpienia. Dzięki swej kosmicznej sile woli, Hawking wciąż wygrywa walkę z dramatyczną diagnozą sprzed półwiecza."

Autor: Roger Highfield Źródła: Daily Telegraph, Onet.pl

poniedziałek, 19 grudnia 2011

"Bo wszystkie Ryśki to porządne chłopy"

Sir Richard Charles Nicholas Branson to modelowy przykład przysłowiowego pucybuta, który stał się milionerem.
Niegdyś 18 razy wyrzucany ze szkoły. Na odchodne dyrektor stwierdził : "Przewiduję, że albo trafisz do więzienia, albo zostaniesz milionerem". Mając zaledwie 16 lat porzucił szkołę. Na szczęście w głowie miał pełno nieszablonowych pomysłów.  Tak zaczyna się historia miliardera i twórcy Virgin Group.


Richard jest tak barwną postacią, że tabloidy z powodu braku ciekawych postaci w show-biznesie często opisują życie Bransona.

Nie będę opisywał tutaj biografii Sir Bransona, bo byłby to dłuższy post niż te z serii Systemu Uniwersalnego Klucza poza tym jest tego sporo w sieci.

To co nas teraz interesuje, to niebywale fascynujący wywiad z twórcą Virgin Group, który obrazuje niepowtarzalny sposób myślenia i działania biznesowego geniusza 

Życie z perspektywy 10 tysięcy metrów. Wywiad na TED:

Mamy dla Ciebie również obszerny skrót książki pt. Biznes w stylu Richarda Bransona 

Autor przybliża nam w niej pogląd Bransona według którego: Jeżeli wiesz, jak motywować ludzi, i jak z nimi postępować, nie ma znaczenia, czy wchodzisz w branżę linii lotniczych, napojów czy produkcji filmowej. Wszędzie obowiązują te same zasady. Z odpowiednimi ludźmi i przekonaniem, że można odmienić dany sektor, wszystko jest możliwe.

Zapraszamy do lektury:

niedziela, 20 listopada 2011

Miniemerytura

4-godzinny tydzień pracy, Tima Ferrissa. Znasz już tę książkę z posta
O Wolności - w Dzień Niepodległości. Dlaczego ponownie do niej wracam? W rozdziale "Miniemerytury..." znajduje się historia, która stała się inspiracją dla pewnego muzyka. Ale po kolei...


Oto wspomniana historia:
"Amerykański biznesmen na polecenie lekarza wybrał się na urlop do małej meksykańskiej wioski nad brzegiem morza. pierwszego ranka nie mógł spać po pilnym telefonie z biura, więc wyszedł na pomost, by pozbierać myśli. Przy przystani cumowała tylko jedna malutka łódka rybacka, a w niej kilka olbrzymich tuńczyków żółtopłetwych. Amerykanin pochwalił ryby Meksykanina.

- Jak dużo czasu zajęło ci ich złapanie? - spytał Amerykanin
- Tylko chwilkę - odpowiedział Meksykanin zaskakująco dobrą angielszczyzną.
- Dlaczego nie zostałeś na morzu dłużej, aby nałapać więcej ryb? - pytał dalej Amerykanin.
- Tyle wystarczy mi dla wyżywienia mojej rodziny i obdarowania przyjaciół - powiedział Meksykanin, przekładając ryby do kosza.
- Ale... Czym poza tym się zajmujesz?

Meksykanin spojrzał na niego i uśmiechnął się.

- Długo śpię, trochę wędkuję, bawię się z dziećmi, w czasie sjesty odpoczywam z moją żoną Julią, co wieczór idę do miasta, gdzie popijam wino i gram z amigos na gitarze. Żyję pełnią życia i jestem bardzo zajęty, senor.

Amerykanin uśmiechnął się i wyprostował.

- Sir, jestem po studiach MBA na Harvardzie i mogę ci pomóc. Powinieneś spędzać więcej czasu na łowieniu ryb, a potem kupić sobie większą łódź. Za jakiś czas będziesz mógł kupić kilka łodzi i łowić jeszcze więcej. W końcu dorobisz się całej floty kutrów rybackich.

- Zamiast sprzedawać swój połów pośrednikowi - ciągnął dalej - będziesz mógł dostarczać ryby bezpośrednio do konsumentów, a kiedyś nawet otworzyć własną przetwórnię. Będziesz kontrolował produkty, przetwarzał je i dystrybuował. Musisz oczywiście wyrwać się z tej małej rybackiej wioski, zamieszkać w stolicy swojego kraju, potem w Los Angeles, a w końcu w Nowym Jorku, gdzie będziesz mógł prowadzić własne, rosnące wciąż przedsiębiorstwo z odpowiednią kadrą zarządzającą.

Meksykański rybak spytał:

- Ale, senor, ile czasu zajmie mi to wszystko?
Na to Amerykanin odpowiedział:
- Od piętnastu do dwudziestu lat, najwyżej dwadzieścia pięć.
- A co potem, senor?

Amerykanin roześmiał się i odpowiedział:

- To właśnie najlepsza część życia. We właściwym czasie będziesz mógł zrobić ofertę publiczną i sprzedać akcje swojej firmy, dzięki czemu staniesz się bardzo bogaty. Możesz zarobić miliony.

-Miliony, senior? A co potem?

- Potem możesz przejść na emeryturę, przeprowadzić się do małej rybackiej wioski nad brzegiem morza, długo spać, trochę wędkować, bawić się z dziećmi, spędzać z żoną sjestę, a wieczorami wychodzić do miasta, by napić się wina i pograć na gitarze z przyjaciółmi."
...
W tym miejscu przestawiam Ci Adama "Łonę" Zielińskiego, genialnego rapera, który idealnie wpasowuje się w klimat tego bloga.

Posłuchaj jego wersji historii o biznesmenie:



PS. Podobny temat opisaliśmy w poście Gap Year, czyli pomysł na rok swego życia
PS2. Więcej utworów Łony znajdziesz w mixie (29 kawałków) na YouTubie KLIKNIJ

wtorek, 1 listopada 2011

31 października - Światowy Dzień Oszczędzania

     "Kiedy 13 lat temu razem z moją żoną Maryanne budowaliśmy nasz salon fryzjerski w Greenspoint Mall, co dzień zatrzymywał się koło nas pewien Wietnamczyk i sprzedawał nam pączki. Ledwo mówił po angielsku, lecz był zawsze przyjazny, więc za pomocą uśmiechów i na migi jakość się zaznajomiliśmy. Nazywał się Le Van Vu.

W ciągu dnia Le pracował w piekarni, a wieczorami oboje z żoną słuchali taśm, żeby nauczyć się angielskiego. Dowiedziałem się później, że spali na workach wypchanych trocinami rozłożonych na podłodze jakiegoś pomieszczenia na zapleczu piekarni.

W Wietnamie rodzina Van Vu zaliczała się do najbogatszych w Azji Południowo-Wschodniej. Byli właścicielami niemal jednej trzeciej Wietnamu Północnego, mając w szczególności olbrzymie udziały w przemyśle i nieruchomościach. Kiedy jednak jego ojciec został brutalnie zamordowany, Le przeniósł się wraz z matką do Wietnamu Południowego, gdzie chodził do szkoły i w końcu został prawnikiem.

Le cieszył się powodzeniem, podobnie jak wcześniej jego ojciec. Dostrzegł możliwości prac budowlanych stwarzane przez stale rosnącą obecność amerykańską w Wietnamie Południowym i wkrótce stał się jednym z czołowych budowniczych w tym kraju. Kiedy jednak udał się w podróż na Północ, został ujęty i wtrącony do więzienia na trzy lata. Uciekł, zabijając pięciu żołnierzy, i znalazł sobie drogę do Wietnamu Południowego, gdzie znów został aresztowany. Rząd południowo-wietnamski uznał, że jest „podrzutkiem” wywiadu Wietnamu Północnego.

Po wyjściu z więzienia Le znów wziął się do pracy i założył przedsiębiorstwo rybackie, stając się w końcu największym w Wietnamie Południowym producentem konserw.

Kiedy dowiedział się, że oddziały amerykańskie i personel ambasady Stanów Zjednoczonych przygotowują się do opuszczenia jego kraju, podjął życiową decyzję.

Wziął całe złoto, które wcześniej zgromadził, załadował je na jedną ze swych łodzi rybackich i pożeglował wraz z żoną ku okrętom amerykańskim, które stały w porcie. Tam wymienił całe swe bogactwo na bezpieczny przejazd z Wietnamu na Filipiny, gdzie wraz z żoną dostali się do obozu dla uchodźców.

Le postarał się o spotkanie z prezydentem Filipin, którego przekonał, by udostępnił mu jeden ze swych statków do rybołówstwa. W ten sposób znów wrócił do działalności gospodarczej. Zanim dwa lata później opuścił Filipiny, udając się do Stanów Zjednoczonych (co było jego największym marzeniem), stał się jedną z głównych postaci pracujących nad rozwojem rybołówstwa na Filipinach.

W drodze do Ameryki Le pogrążył się jednak w strapieniu i rozpaczy, jakimi napawała go perspektywa rozpoczynania wszystkiego jeszcze raz od zera. Jego żona opowiadała nam, jak znalazła go raz przy balustradzie statku, gdy gotował się już, by rzucić się za burtę.

„Le – powiedziała mu – jeśli się utopisz, co stanie się ze mną? Jesteśmy ze sobą od tak dawna i tyle razem przeszliśmy. Możemy zrobić to razem”. Był to cały głos otuchy, jakiej Le Van Vu potrzebował.

Kiedy wraz z żoną przybyli do Houston w roku 1972, byli całkiem spłukani i nie mówili ani słowa po angielsku. W Wietnamie członkowie jednej rodziny wzajemnie się o siebie troszczą, toteż Le i jego żona znaleźli sobie schronienie w pomieszczeniu na zapleczu piekarni w Greenspoint Mall, której właścicielem był jego kuzyn. Nasz salon fryzjerski budowaliśmy o kilkaset stóp dalej.

A teraz, jak to się mówi, czas na „przesłanie” całej tej historii. Kuzyn Le zaproponował mu i jego żonie pracę w piekarni. Po odliczeniu podatków Le miał dostawać do ręki 175 dolarów tygodniowo, a jego żona 125 dolarów. Innymi słowy, ich całkowity dochód roczny wynosił 15 600 dolarów. Co więcej, kuzyn zaproponował im, że sprzeda im piekarnię, jeśli zgromadzą 30000 dolarów gotówką. Na pozostałe 90 000 dolarów był gotów przyjąć skrypt dłużny.

I oto co zrobili Le i jego żona: dysponując dochodem 300 dolarów tygodniowo, postanowili jednak nadal mieszkać na zapleczu. Przez dwa lata myli się wyłącznie za pomocą gąbki w toaletach pasażu handlowego. Przez dwa lata ich dieta składała się niemal wyłącznie z produktów piekarni. Przez dwa lata żyli za jedyne – naprawdę jedyne – 600 dolarów rocznie, zaoszczędzając 30 000 dolarów na wpłatę gotówkową.

Le tak wyjaśniał później swe rozumowanie: „Gdybyśmy wynajęli mieszkanie, na co mogliśmy sobie pozwolić, mając 300 dolarów tygodniowo, musielibyśmy płacić czynsz. Następnie musielibyśmy też oczywiście kupić meble. Następnie musielibyśmy dojeżdżać do pracy, a to oznacza, że musielibyśmy kupić samochód. Następnie musielibyśmy kupować benzynę do samochodu i opłacać ubezpieczenie. Następnie zapewne gdzieś byśmy wyjeżdżali samochodem, a to oznacza, że musielibyśmy kupować ubrania i artykuły toaletowe. Tak więc wiedziałem, że jeśli wynajmiemy mieszkanie, nigdy nie uzbieramy tych 30 000 dolarów”.

Myślisz teraz, że wiesz już wszystko o Le? Otóż opowiem ci więcej. Kiedy zaoszczędzili już 30000 dolarów i kupili piekarnię, Le usiadł z żoną do poważnej rozmowy. Powiedział, że wciąż są winni kuzynowi 90 000 dolarów, i choć ostatnie dwa lata były dla nich tak trudne, to powinni pozostać na zapleczu przez jeszcze jeden rok.

Z dumą mogę powiedzieć, że w ciągu tego jednego roku mój przyjaciel i mentor Le Van Vu i jego żona, oszczędzając właściwie każdy grosz, jaki przynosiła im firma, spłacili kuzynowi całe 90 000 dolarów pożyczki. W ten sposób w ciągu zaledwie trzech lat stali się właścicielami niezwykle rentownego przedsiębiorstwa wolnego od wszelkich obciążeń.

Wtedy – i dopiero wtedy – przenieśli się do swego pierwszego mieszkania. Po dziś dzień oszczędzają bardzo regularnie, żyją z niesłychanie drobnego ułamka swych dochodów i oczywiście za wszystkie zakupy płacą gotówką.

Czy myślisz, że Le Van Vu jest dziś milionerem? Z przyjemnością mogę powiedzieć, że wielokrotnym."

Historia pochodzi z książki Marka Hansena i Roberta Allena, Jednominutowy milioner. Światła droga do bogactwa

środa, 19 października 2011

Kiwi!


Krótka historia o "nielocie", którego marzeniem było szybowanie w przestworzach.


oraz wersja z genialną muzyką  Alexa Parksa (cover ścieżki dźwiękowej z filmu Dannie Darko)

niedziela, 11 września 2011

Pozytywni ludzie...

Jak mawiał mój ulubiony filozof: "Wypoczynek, to największe z dóbr". Ponadto odpoczynek jest potrzebny każdemu człowiekowi do tego,aby mógł się dalej rozwijać. Dlatego po wakacyjnym odpoczynku wracamy na szlak Fascynującej podróży...

Obejrzyj poniższe wideo



Mam marzenie... by takich pozytywnych ludzi, było w naszym życiu jak najwięcej. Tego sobie i Tobie życzę!

P.S. "Moim ulubionym zajęciem jest rozsiewanie pozytywnych wibracji. Pomaganie ludziom  by zobaczyli pozytywną stronę życia i odkryli w sobie cechy, które pomogą im żyć pełnią życia" - MISTRZ! Zwróć uwagę ile pozytywów i punktów wspólnych wymienia Lude - to cechuje wielkich ludzi.

P.S.2 Swoją drogą ciekawe jest to, że nie jeden Polak nie potrafi odnaleźć się we własnym kraju, podczas gdy przyjeżdża tutaj człowiek z zupełnie innego świata i wszystko mu się tu podoba. Mówi o Polsce jak najlepszy patriota. To daje do myślenia.

Pozdrawiam :-)

środa, 29 czerwca 2011

Życie jest przygodą dla odważnych - albo niczym...


       W 1882 roku dziewczynka w wieku niemowlęcym dostała wysokiej gorączki. Tak wysokiej, że omal nie zmarła. Udało się jej przeżyć, ale gorączka pozostawiła swoje piętno. Przestała ona widzieć i słyszeć. Z racji tego, że nie słyszała, to nie mogła także posługiwać się mową.
Więc, w jaki sposób to dziecko, które utraciło wzrok i słuch w wieku 19 miesięcy zostało pisarką i publicznym mówcą o światowej sławie?
Helena Keller urodziła się 27 czerwca 1880 roku w Alabamie, jako córka wydawcy gazetowego. Przed chorobą była żywotnym i zdrowym dzieckiem o pogodnym, przyjaznym usposobieniu. Umiała chodzić, a także mówić kilka prostych słów. Gorączka chorobowa odcięła ją od świata zewnętrznego, pozbawiając ją wzroku i słuchu. Czuła się jakby wrzucono ją do ciemnej, więziennej celi, z której nie można było uciec.
Na szczęście Helena nie była osobą, która łatwo się poddaje. Wkrótce rozpoczęła poznawać świat za pomocą pozostałych zmysłów. Chodziła wszędzie za swoją matką, trzymając się jej sukienki. Dotykała ona i wąchała wszystkiego co napotkała na swojej drodze, a także odczuwała dotykowo ręce innych ludzi, aby "zobaczyć" co oni robili. Naśladowała również ich działania i wkrótce była w stanie wykonać pewne prace sama jak: dojenie krów lub ugniatanie ciasta. Nauczyła się nawet rozpoznawać ludzi, odczuwając ich twarze lub ubrania, posługując się zmysłem dotyku. Potrafiła także powiedzieć, w jakiej znajdowała się części ogrodu na podstawie zapachu różnych roślin i odczucia rodzaju powierzchni po której stąpała.
Do 7 roku życia wymyśliła ponad 60 różnych znaków za pomocą, których mogła rozmawiać ze swoją rodziną. Jeśli miała ochotę na chleb, to udawała, że kroi bochenek chleba i smaruje masłem kromki. Jeśli chciała loda to otulała się swoimi ramionami i udawała, że trzęsie się z zimna.

Niezwykłość i niepowtarzalność Heleny polegała na tym, że była ona niesamowicie inteligentna, a także wybitnie wrażliwa. Jednak nawet ona miała pewne ograniczenia tj. nie była wszechstronna.
W wieku 5 lat Helena zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, że różni się od innych ludzi. Zauważyła, że jej rodzina nie posługiwała się takimi znakami jak ona, lecz mówiła za pomocą ust. Stawała czasem pomiędzy dwoma osobami i dotykała ich warg. Helena nie mogła zrozumieć co oni mówią i sama nie była w stanie wypowiedzieć niczego zrozumiałego. Chciała rozmawiać, ale bez względu na to jak się starała, nie mogła zrozumieć, co do niej mówiono. Wprawiało ją to w taką złość, że notorycznie miotała się po całym pokoju, kopiąc i krzycząc w stanie frustracji. Wraz z wiekiem jej frustracja wzrastała a ataki wściekłości były coraz częstsze. Stawała się szalona i niesforna. Jeśli nie otrzymała tego, co chciała, to wściekała się tak długo, aż jej rodzina ustąpiła i dała jej to na co miała ochotę.
Faworyzowanymi przez nią manierami było: zabieranie innym ludziom jedzenia z talerzy, ciskanie delikatnymi przedmiotami o podłogę. Raz nawet udało się jej zamknąć matkę w spiżarni. W końcu stało się jasne, że trzeba coś z Heleną uczynić. Więc tuż przed jej siedemnastymi urodzinami, rodzina załatwiła jej prywatną nauczycielkę - Annę Sullivan.

Anna Sullivan pochodziła z bardzo biednego środowiska. Utraciła wzrok w wieku 5 lat i trafiła do przytułku, gdy jej rodzina "rozpadła się". W końcu uzyskała miejsce w Szkole Perkinsa dla Niewidomych w Bostonie. Tutaj otrzymała przezwisko Spitfire (złośnica, sekutnica) z powodu swojej niegrzeczności i złego zachowania. Na szczęście dyrektor uprzytomnił sobie, że gdyby nauczyła się ona właściwie zachowywać to byłaby jedną z najbardziej utalentowanych uczennic. Po kilku latach i dwóch udanych operacjach przywracających jej wzrok skończyła edukację ze stopniem naukowym. Stało się jasne dla dyrektora, że była ona jedyną osobą, która mogła wychowywać Helenę Keller. Anna wkrótce uświadomiła sobie przyczynę napadów złego humoru u Heleny. Wiedziała, że gdyby była w stanie nauczyć Helenę porozumiewania się, to stałaby się ona inną osobą. Pomimo tego, zanim mogła ona uczyć to dzikie dziecko, to musiała najpierw nad nim zapanować. Kiedy starała się namówić Helenę do zrobienia czegokolwiek, to nie podobało jej się, gdy Helena krzyczała, kopała i gryzła. Anna wygrywała w końcu te bitwy z Heleną po prostu siłą woli i wytrwałością.
Następny przełom w zachowaniu Heleny nastąpił, gdy Anna zdecydowała się ją nauczyć alfabetu ręcznego. Są to znaki, w których każda litera ma swoje oznaczenie na ręku osoby głuchoniewidomej i jest przez nią odczuwana dotykowo. Każda litera ma oddzielne oznaczenie. Znaczy to, że słowa i zdania mogą być wypowiadane. Metoda ta także umożliwia formułowanie złożonych wypowiedzi. Anna zaprowadziła Helenę do pompy wodnej i wypompowała wodę na jej dłonie. Podczas wykonywania tej czynności wypowiedziała ona po kolei każdą literę słowa WATER (WODA). Powtarzał tę czynność aż do skutku. Nagle Helena zdała sobie sprawę z tego, że pojedyncze znaki stanowią litery, które tworzą słowo WODA. W tej samej chwili uświadomiła sobie także, iż wszystkie inne słowa na świecie muszą mieć nazwę. Biegała dotykając wszystkiego, co mogła napotkać na swojej drodze i pytała Annę, jak te napotkane przedmioty się nazywają.
Anna kontynuowała nauczanie Heleny w ten sposób przez kilka następnych lat. Mówiła ona Helenie o wszystkim co działo się wokoło nich. Przeliterowywała wszystko na jej dłoni, używając raczej pełnych zdań niż pojedynczych słów. W taki sposób Helena zdobywała dużą liczbę informacji, jakby była dzieckiem słyszącym. Anna wyposażała zarazem swoją uczennicę w słowa i pojęcia, które byłyby jej potrzebne w chwili, gdy byłaby ona przygotowana do mówienia. Anna zwracała uwagę na to, uczyć Helenę tych przedmiotów, realizować te tematy, które ją interesowały. Anna dyskutowała z Heleną na każdy temat, który przyszedł tej ostatniej do głowy. W taki sposób Anna potrafiła utrzymać zainteresowanie swojej uczennicy na wielu tematach. Prowadziło to także do tego, że brali oni udział w fascynujących czynnościach np. żeglowanie, saneczkarstwo, narciarstwo.

W rezultacie Helena stała się bardziej stonowana i wkrótce nauczyła się czytać i pisać w brajlu. Nauczyła się także dotykowego odczytywania mowy z ust tj. odczuwania układu warg po ich ruchach i wibracji za pomocą opuszek palców. Opisana wyżej metoda nazywa się TADOMA, a pełną sprawność w posługiwaniu się nią uzyskało bardzo niewielu ludzi. Helena nauczyła się także mówić, co stanowiło najważniejsze osiągnięcie dla osoby, która utraciła słuch. W końcu Anna zdecydowała, że Helena potrzebuje więcej formalnych wskazówek, jeśli ma zaspokoić swoją ambicję wstąpienia do college'u. W 1888 roku wstąpiły do Instytutu Perkinsa dla Niewidomych w Bostonie. Tutaj Anna kontynuowała naukę Heleny, ale z pomocą oprzyrządowania i książek będących na wyposażeniu szkoły. Potem w 1894 roku wstąpiły do Szkoły Wrighta-Humasona dla Głuchych w Nowym Jorku. Anna uczęszczała na lekcje razem z Heleną i pełniła funkcję jej tłumacza. Anna "wystukiwała" na dłoni Heleny, to co mówili do niej nauczyciele i przepisywała książkę za książką w brajlu.
Helena udowodniła, że jest wybitną uczennicą kończąc Radcliffe College ze stopniem naukowym w 1904 roku. Miała fenomenalną zdolność do koncentracji i zapamiętywania, a także wykazywała uporczywą determinację dla osiągnięcia sukcesu. Kiedy przebywała w college'u napisała książkę pod tytułem: Historia mojego życia.
tutaj znajdziesz ciekawy artykuł
Historia mojego życia - Helen Keller

Pozycja ta okazała się być ogromnym sukcesem finansowym. Za pieniądze,które otrzymała za napisanie tej książki kupiła sobie dom.
Helena była bardzo religijna, a jej wiara stymulowała ją do coraz dokładniejszego poznawania świata. Zaczęła uzmysławiać sobie, że na świecie jest wielka niesprawiedliwość, a ludzie nie są traktowani sprawiedliwie - tak samo. Ślepota była często powodowana przez chorobę, która była z kolei następstwem biedy panującej w społeczeństwie. Helena została socjalistką, domagając się równouprawnienia kobiet i wyższych płac dla klasy pracującej. Pomogła także w założeniu Amerykańskiej Fundacji na rzecz Niewidomych mającej na celu zapewnienie świadczeń na wyższym poziomie dla ludzi z inwalidztwem wzroku.
Helena podróżowała po kraju, wygłaszając wykład za wykładem. Napisano o niej kilka książek i zrobiono kilka filmów o jej życiu. W końcu stała się tak słynna, że była zapraszana za granicę i przyjmowano ją z wielkimi honorami na zagranicznych uniwersytetach. W 1932 roku została wiceprezesem Królewskiego Narodowego Instytutu dla Niewidomych w Zjednoczonym Królestwie.
Po jej śmierci w 1968 roku założono na jej cześć stowarzyszenie do walki ze ślepotą w krajach rozwijających się. Obecnie ta organizacja - Helen Keller International jest jedną z największych organizacji pracujących z ludźmi niewidomymi na świecie.

Helena Keller nie odniosła by tak wielkiego sukcesu, gdyby nie jej genialna nauczycielka - Annie Sullivan, która towarzyszyła jej wszędzie przez prawie 50 lat. Bez pomocy swojej wiernej nauczycielki Helena prawdopodobnie pozostawałaby w wyalienowanym świecie, jak w pułapce, z której nie ma ucieczki.
Nie ma jednak także wątpliwości, że Helena Keller była jednostką wybitną, wybitnie zdolną. Była ona niezwykle inteligentna, wrażliwa i zdecydowana. Z pewnością była pierwszą osobą głuchoniewidomą, która odniosła sukces życiowy tej miary. Jednak nie jest ona jedyną osobą głuchoniewidomą, której się powiodło. Jest po prostu najlepszą z najlepszych.
Być może największym jej sukcesem był fakt przekonania innych, o tym, że kalectwo nie jest tragedią i czymś niemożliwym do przezwyciężenia.
Pewna Japonka powiedziała o Helenie Keller:
"Przez wiele pokoleń tj. przez więcej niż jesteśmy w stanie policzyć, opuszczaliśmy ze smutkiem głowę i godziliśmy się ze ślepotą i nędzą. Ta głuchoniewidoma kobieta z dumą unosi swoją głowę i uczy nas jak pokonywać trudności przez własną pracę i śmiech. Przynosi ona światło i nadzieję naszej duszy".

"Życie jest przygodą dla odważnych - albo niczym."
"Czasem tak długo wpatrujemy się w zamknięte drzwi, że nie dostrzegamy tych, które się otworzyły."
 Helena Keller

niedziela, 22 maja 2011

Możesz... jeśli myślisz, że możesz


To już 150 post - mam nadzieję, ze jest w pewnym sensie szczególny.
Nie wymaga komentarza - obejrzyj!


P.s.  Czy pamiętasz post pt. INSPIRACJE ?

piątek, 6 maja 2011

Pożyjemy - zobaczymy

Dawno temu, na równinach poza Wielkim Murem chińskim, żył pewien życzliwy starszy człowiek. Miał on w życiu tylko dwie pasje: hodował rzadkie rasy koni i utrzymywał syna, kochając go, jak niczego innego na świecie. Zarówno starzec, jak i jego syn potrafili codziennie jeździć na swoich koniach pokonując znaczne odległości. Handlowali też nimi, poznając w ten sposób nowych ludzi. Cieszyli się, że życie jest dla nich takie łaskawe i sprzyja im dobry los.

Pewnego ranka służący zapomniał zamknąć drzwi do stajni, w której przebywały ulubione ogiery staruszka. Jeden z nich uciekł. Kiedy sąsiedzi usłyszeli tę smutną wiadomość, wybrali się do jego domu, by go pocieszyć. Było im bardzo przykro z powodu tak wielkiego nieszczęścia, jakie spotkało ich sympatycznego, cichego sąsiada. Ale, ku powszechnemu zdziwieniu starszy człowiek stwierdził, że strata konia nie jest właściwie wielką tragedią, nie był przy tym też wcale zdenerwowany.

- To nie powód do smutku - stwierdził. - Nie sposób było przewidzieć, że koń ucieknie, nie można też teraz coś na to poradzić.
Sąsiedzi zrozumieli, ze nie mogą się przyczynić do złapania konia, nie powinni się także martwić sytuacją starszego człowieka. Tydzień później ogier wrócił prowadząc ze sobą klacz. Była to rasowa, bardzo cenna biała klacz. Sąsiedzi, gdy tylko usłyszeli o tym szczęśliwym wydarzeniu, przybyli, by pogratulować staruszkowi. Ale i tym razem był on zupełnie spokojny. Wyjaśnił im, podobnie jak to zrobił wcześniej, że przybycie klaczy niekoniecznie prowadzi do szczęścia, i nie jest tym samym powodem do radości. Zakłopotani sąsiedzi szybko opuścili dom starszego człowieka.

Niedługo potem jego syn złamał sobie nogę podczas przejażdżki na pięknej klaczy. Koń poślizgnął się, i upadł na nogę, doprowadzając tym samym do tak groźnego upadku, że syn już przypuszczalnie zawsze będzie musiał utykać. Ponownie sąsiedzi odwiedzili dom staruszka, by wyrazić swoje współczucie, jeden z nich zasugerował sprzedanie konia, inny znów chciał go zabić, by się zemścić. Starszy człowiek na nic takiego się nie zgodził. Wyjaśnił swoim sąsiadom, że nie powinni mu współczuć z powodu syna, ani przeklinać klaczy, bo przecież był to nieszczęśliwy wypadek, którego nikt nie mógł przewidzieć. Teraz już ani oni, ani on sam nie są w stanie niczego zmienić. Zdziwieni sąsiedzi doszli do wniosku, że staruszek oszalał i zostawili go w spokoju. Dwa lata później na kraj najechali wrogowie i wszyscy mężczyźni zostali powołani do obrony. Syn starszego człowieka nie mógł walczyć, ponieważ miał niesprawną nogę. Wojna była bardzo okrutna i wielu ludzi zostało zabitych. Jego syn zaś ocalał, bo dwa lata wcześniej zraniła go biała klacz.

Bardzo często bywa, że szczęśliwe wydarzenie niesie za sobą tragiczny koniec, a nieszczęśliwy wypadek kończy się czymś dobrym. Dlatego więc nie powinieneś przejmować się, gdy spotka cię coś złego i nie zniechęcać się do dalszego działania, ani też zbyt mocno cieszyć się z dobrych kolei losu, wtedy np. gdy coś, czego bardzo pragnąłeś spełniło się szybko i łatwo.
Chińska przypowieść ludowa

sobota, 16 kwietnia 2011

Motywujący Weekend - Sobota


Zobacz jak można patrzeć na świat




P.S. Jeśli nie widzisz polskich napisów, kliknij na ikonę "CC", która znajduje się pod filmem.

czwartek, 24 lutego 2011

Postawa proaktywna


Cóż to jest ta proaktywność? Podręcznikowo jest to postawa, w której przyjmuje się, że to jednostka odpowiedzialna jest za swoje życie poprzez dokonywanie wyborów. Przeciwieństwo reaktywności.

Ludzie proaktywni różnią się od reaktywnych na wielu konkretnych płaszczyznach. Przejmują inicjatywę, biorą odpowiedzialność za to, co się dzieje. Nie czekają na odpowiednie warunki, sami je stwarzają.
Albo odnajdziemy drogę, albo ją zbudujemy.
HANNIBAL
Idealnym przykładem jest tu pan Soichiro Honda, założyciel słynnej korporacji noszącej jego imię.
Oto Jego historia zaczerpnięta z książki Anthonego Robbinsa:
W 1938 roku pan Honda był biednym studentem, marzącym o zaprojektowaniu nowego pierścienia tłoków, który mógłby sprzedać korporacji Toyota.
W dzień chodził na zajęcia, a nocami, po łokcie umorusany smarem, pracował nad swoim projektem. Wydawał nań wszystkie pieniądze, a że nie miał ich wiele, projekt wciąż nie był skończony. W końcu zastawił biżuterię żony, by móc kontynuować doświadczenia. Po latach wysiłków zakończył pracę i był pewien, że Toyota kupi jego projekt.
Jednak szefowie Toyoty odmówili.

Musiał wrócić do szkoły, gdzie narażony był na kpiny nauczycieli i kolegów, którzy twierdzili, że tylko szaleniec mógł wziąć się za projektowanie takiej głupoty. Czy Soichiro Honda był sfrustrowany? Oczywiście że tak.
Czy był załamany? Z pewnością. Czy poddał się? Nigdy!
Wręcz odwrotnie. Przez kolejne dwa lata pracował nad ulepszeniem swojego projektu.

Kierował się podstawową receptą na sukces:

1. Zdecydował, czego chciał.
2. Przystąpił do działania.
3. Obserwował, czy podjęte działania są skuteczne, a kiedy coś nie sprawdzało się…
4. Zmieniał swoje podejście – podchodził do każdej sytuacji elastycznie
.


Po tych dwóch latach pracy projekt pana Hondy był znacznie lepszy i tym razem Toyota nie odmówiła. Aby zbudować fabrykę tłoków, pan Honda potrzebował betonu. Jednak rząd Japonii szykował się do drugiej wojny światowej i beton był nieosiągalny. Po raz kolejny wydawało się, że jego marzenie spełznie na niczym, że nie znajdzie się nikt, kto by mu pomógł. Czy się poddał? Pod żadnym pozorem! Podjął decyzję zbudowania fabryki.
Ponieważ decyzja była prawdziwa, nie wchodziło w grę poddanie się. Zebrał grupę przyjaciół, z którymi pracował nieprzerwanie przez wiele tygodni, tak długo, aż wynaleźli nowy sposób produkcji betonu. Postawił fabrykę i mógł w końcu produkować swoje pierścienie.
Historia na tym się nie kończy. Podczas wojny amerykańskie bombardowania niemal całkowicie zniszczyły fabrykę Hondy.
I tym razem nie dał się pokonać. Zebrał swoich pracowników i kazał im obserwować, gdzie amerykańskie samoloty zrzucają zbiorniki na paliwo, ponieważ stanowiły one źródło surowców niezbędnych do procesu produkcji
, a surowców tych w ówczesnej Japonii nie można było zdobyć w żaden inny sposób.
Pan Honda znajdował metody, by wykorzystać wszystko, co przynosiło życie. Jednak kiedy trzęsienie ziemi całkowicie zniszczyło jego fabrykę, zmuszony był sprzedać swoją technologię Toyocie.

Ale Bóg nigdy nie zamyka przed nami drzwi, nie otworzywszy innych.
Musimy więc uważnie obserwować, jakie nowe możliwości przynosi nam życie. Kiedy skończyła się wojna, Japonia pogrążyła się w chaosie. W całym kraju brakowało surowców. Benzynę racjonowano, a w niektórych częściach kraju była ona wręcz nie do zdobycia.
Pan Honda nie miał więc dość paliwa, by jeździć na targ po żywność dla swojej rodziny. Daleki był jednak od poczucia przegranej i bezradności.
Podjął kolejną decyzję. Postanowił, że nie zgodzi się na egzystencję na tak nędznym poziomie. Zadał więc sobie zasadnicze pytanie: „W jaki sposób mogę zarobić na godziwe utrzymanie rodziny? Jak mogę wykorzystać to, co już mam, aby osiągnąć mój cel?”
I wtedy wpadł mu w ręce mały silnik, którego używał wcześniej do napędzania kosiarki do trawy. Szybko przyszedł mu do głowy pomysł, by zamontować go do roweru. W taki właśnie sposób powstał pierwszy napędzany mechanicznie rower.
Jeździł nim po zakupy i wkrótce przyjaciele i znajomi prosili go, by skonstruował dla nich podobny pojazd.
Szybko też zabrakło mu silników, więc postanowił zbudować fabrykę, w której mógłby je produkować. Nie miał pieniędzy, a Japonia była zrujnowana gospodarczo.
Jak więc miał zbudować fabrykę?
Twoje przeznaczenie kształtowane jest w chwilach podejmowania decyzji.
ANTHONY ROBBINS 
Nie poddał się i tym razem.
Wpadł na wspaniały pomysł. Otóż postanowił napisać do każdego właściciela sklepu z rowerami w całej Japonii. W liście opisał swój projekt. Zapewniał, że jego nowy pomysł pomoże Japonii stanąć na nogi, że tanie motorowery pozwolą Japończykom dostać się tam, dokąd chcą. Prosił też o wsparcie finansowe.
Spośród osiemnastu tysięcy właścicieli sklepów z rowerami, którzy otrzymali list pana Hondy, trzy tysiące zdecydowało się zainwestować pieniądze w jego przedsięwzięcie.
Dzięki temu wyprodukował pierwszą partię motorowerów.
Sądzisz, że odniósł sukces? Otóż nie!
Motorower był zbyt duży i zbyt toporny, dlatego nie znalazł wielu nabywców. Raz jeszcze Soichiro Honda odpowiedział sobie na pytanie, które z podjętych działań nie sprawdzają się, i raz jeszcze, zamiast się poddać, postanowił inaczej. Podjął decyzją o konieczności wyprodukowania mniejszego i zwinniejszego motoroweru.
Nazwał swój nowy produkt „Łabądek” i odniósł nim natychmiastowy sukces na rynku.
Nowy motorower przyniósł Soichiro Hondzie nagrodę cesarza. Wszyscy, którzy go podziwiali, myśleli, że ma w życiu wiele szczęścia.

Jednak czy było to szczęście?
Może, jeśli za szczęście uznamy wykorzystanie własnej wiedzy do ciężkiej pracy.
Dziś firma pana Hondy jest jednym z najdynamiczniejszych przedsiębiorstw na całym świecie. Honda Corporation zatrudnia obecnie sto tysięcy ludzi i lepiej niż hondy sprzedają się w Stanach Zjednoczonych tylko toyoty.
A wszystko to dlatego, że pan Honda nigdy się nie poddał. Nigdy nie pozwolił, by przeszkodziły mu jakiekolwiek problemy czy okoliczności zewnętrzne. Podjął decyzję, że zawsze można znaleźć jakiś sposób, jeśli naprawdę się chce.